W tej chwili głowę Irvette zaprzątała tylko jedna myśl. Wydostać się z tego lasu i to jak najszybciej. Biegła nie zważając na gałęzie boleśnie ocierające się o jej policzki. Teerle truchtała za nią spokojnie myśląc zapewne, że jej właścicielka właśnie postanowiła pobawić się z nią w berka. Irvette przystanęła na chwilę opierając się o drzewo i próbując wyrównać oddech. Ostatkiem sił doczłapała się do żelaznej bramy i rzuciła ostatnie, zaniepokojone spojrzenie w stronę Lasu Mnichów .
- Długo cię nie było - westchnęła Carla Moon wyciągając z piekarnika ciepły placek jabłkowy. Uśmiechnęła się delikatnie do córki - Biegłaś?
Irvette niepewnie kiwnęła głową. Nie mogła powiedzieć matce, że uciekała przed dziwną wizją, która nawiedziła ją w środku Lasu Mnichów.
- Ja już pójdę. Muszę się jeszcze pouczyć.
Dziewczyna wycofała się z kuchni starając się przybrać w miarę pewny wyraz twarzy.
- Kochanie?
- Tak? - Odwróciła się gwałtownie. Zbyt gwałtownie.
Mama spojrzała na nią zdziwiona.
- Chcesz kawałek placka?
- Ach... Nie, dziękuję.
Irvette wślizgnęła się do swojego pokoju odprowadzona badawczym wzrokiem Carli.
Minęło kilka dni. Życie wróciło do normalnego rytmu, podzielonego na szkołę, obowiązki i częste spotkania z przyjaciółmi. Irvette omijała Las Mnichów szerokim łukiem usilnie próbując zapomnieć o tajemniczej wizji. Na próżno. Medalion w kształcie kruka ciągle pojawiał jej się przed oczami, błyszczał niebezpiecznie, po czym znikał.
Było słoneczne popołudnie. Irvette siedziała w szkolnym bufecie razem z Daphne Medlere i Grace Johson, które od dobrych kilku lat były jej najlepszymi przyjaciółkami. Ostatnio w liceum jedynym i najważniejszym tematem do rozmów był szkolny bal, który miał się odbyć już za dwa tygodnie. Daphne miała właśnie rozpocząć długi monolog o swojej sukience, który każda z dziewczyn słyszała już co najmniej sześć razy, gdy do ich stolika dosiadła się Mab Wannerson. Minę miała niewyraźną, a oczy pełne smutku. W ręce nerwowo ściskała gazetę.
- Co jest Mab? Umarł ktoś czy jak? - spytała niepewnie Grace.
- A żebyś wiedziała.
Wszystkie trzy momentalnie zamarły.
- O czym ty mówisz?
Z gardła dziewczyny wydobyło się coś w rodzaju pisku.
Rzuciła gazetę na stół i schowała twarz w dłoniach.
- Strona czwarta.
Daphne rzuciła się na gazetę i prawie ją rwąc otworzyła na dobrej stronie.
"Mieszkańcy miasteczka Gloverleon w szoku. W Lesie Mnichów znaleziono zwłoki siedemnastoletniej Maryse Jones, która uczęszczała do pobliskiego liceum. Wszystko wskazuje na to, że dziewczyna została zamordowana kilka dni temu, ale dopiero wczoraj pan George Grays na spacerze ze swoim psem znalazł ciało nastolatki. Policja szuka sprawcy tego zdarzenia. Jest to niewątpliwie cios dla mieszkańców Gloverleon, jako, że do tej pory największym przestępstwem dokonanym tu w ostatnich latach była kradzież batonika ze szkolnego bufetu”. Dalej tylko jakieś numery... O Boże, to straszne... Gazeta upadła na podłogę.
- Na następnej lekcji będzie apel. Pewnie powiedzą to nam tak oficjalnie.
- To straszne. Pamiętam, jak spotkałam ją w wakacje w lodziarni.
Irvette nie słuchała dalszej części rozmowy. Jej mózg z przerażeniem przetwarzał nowe informacje.
Kilka dni temu. Las Mnichów. Czy gdy Irvette tam przyszła, Maryse już nie żyła?
Poczuła, że robi jej się niedobrze.
Wdech, wydech.
- Irvette?
- Wszystko w porządku?
- Irvette!
Dziewczyna osunęła się na podłogę, a potem była już tylko ciemność.