piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 6


Mężczyzna rozejrzał się ze znudzeniem po ulicy. Nikogo nie było. Ludzie o tej porze zazwyczaj siedzieli w pracy, szkole czy na partyjce brydża w klubie seniora w centrum miasta.

Spojrzał jeszcze raz przez okno. Ciągle tam stali. Mężczyzna zastanawiał się, co takiego ten staruch pokazał dziewczynie, że tak się przestraszyła. 
- Nie to jest teraz ważne - przywołał się do porządku.
Bracia z zakonu mówili mu, żeby nie zostawiał śladów. Nie posłuchał ich, zabił dziewczynę, ale zostawił ciało w lesie. A niejaki George Grays je znalazł i zdecydowanie za dużo widział. Teraz brat musiał naprawić swój błąd. Co prawda w jego planie nie było miejsca na żadną ciekawską małolatę, ale później wytłumaczy się z tego zakonowi. Teraz musiał działać. Na jego ustach pojawił się podły uśmiech.
Podpalenie tego żałosnego sklepu będzie dla niego czystą przyjemnością.

Irvette najpierw poczuła nieprzyjemną woń dymu, a po chwili zobaczyła ogień. Pan Grays wpadł w rozpacz i rozpaczliwie próbował ugasić płonące zabytkowe krzesło. Irvette poczuła narastającą panikę. Chwyciła szkatułkę i wrzuciła ją do torby. Nie mogła zostawić medalionu.
- Panie Grays! Musimy wyjść stąd jak najszybciej!
Zaczęła ciągnąć staruszka za rękaw, ale ten ją odepchnął.
- Ten sklep to całe moje życie! Nie mogę pozwolić, żeby spłonął!
 Zaczął zbierać przypadkowe rzeczy przyciskając je mocno do piersi jak najcenniejsze skarby.
- Nie zostawię tutaj pana! Proszę dać mi rękę.
Gdy staruszek nie zareagował, pociągnęła go mocno za ramię i brutalnie wyciągnęła go ze sklepu.
Upadł na chodnik i zaczął cicho łkać.
- Mój sklep... - wyszeptał i ukrył twarz w dłoniach.
Irvette spojrzała na niego z niepokojem i szybko zadzwoniła na numer straży pożarnej.
- Dzień dobry, tutaj Irvette Moon, chciałabym zgłosić pożar sklepu z antykami na ulicy...  - urwała, gdy poczuła czyjś wzrok na sobie.
Podniosła głowę i zobaczyła wysokiego mężczyznę z krótko ostrzyżonymi włosami, który uśmiechnął się złośliwie i zniknął za rogiem.
- Przy jakiej ulicy? - usłyszała naglący głos w telefonie.
- Westline 23 - wychrypiała wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał mężczyzna.

- Nie wierzę, że to był przypadek - powiedziała Selina kręcąc głową i rzucając gazetę na ławkę.
Irvette westchnęła. Wciąż nie mogła uwierzyć, że gdyby jej tam nie było, pan Grays zostałby w sklepie.
- Ja też nie - wtrąciła Ange poprawiając kucyka. - Myślicie, że ten mężczyzna, którego widziała Irvette, to zabójca Maryse?
- Jestem tego pewna, Ange.
- Może wrócił, żeby się zemścić? - podejrzewał Enzo.
- To pewnie jakiś obłąkaniec, który bardzo lubi odwiedzać lasy i stare, opuszczone kościoły - powiedział Carter.
Do sali wszedł nauczyciel matematyki.
- Witam państwa - rzucił uśmiechając się szeroko. - Proszę zająć miejsca.
Irvette została sama w ławce. Westchnęła.
- Sprawdziłem wasze testy. Muszę przyznać, że niektórzy tym razem się nauczyli - powiedział pan Jones uśmiechając się w stronę rozpromienionej Seliny.
Drzwi otworzyły się i do sali z szerokim uśmiechem wparował Simon Gordin.
Irvette przewróciła oczami. Simon był nowy w szkole, ale zdążyła go poznać, bo był bratem Hortensji Gordin, która była jej psychologiem. W przeciwieństwie do siostry ubierał się w ciemne kolory i miał gęste brązowe włosy. Chyba nigdy nie spotkała tak denerwującego chłopaka, jak Simon.
- Witam - powiedział ogarniając wzrokiem klasę. 
- Dzień dobry. Pan Gordin, jak się nie mylę?
- Tak, to ja. Hej Irvette!
Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni. Jęknęła w duchu.
Simon jak gdyby nigdy nic odsunął krzesło i usiadł obok niej w ławce.
- Niech pan sobie nie przeszkadza - rzucił w stronę nauczyciela.
Pan Jones wrócił do rozdawania sprawdzianów.
- Masz może coś do pisania? - nie czekając na odpowiedź wyciągnął rękę po jej piórnik.
Rękaw kurtki podwinął się lekko ukazując gładką skórę. Dopiero teraz zobaczyła na jego nadgarstku blady rysunek. 
- Miałeś tatuaż? - spytała unosząc brwi.
- Kiedyś - Simon uśmiechnął się szeroko.
- A co on właściwie przedstawiał? – spytała. - Nic już prawie nie widać.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła - parsknął.
Wywróciła oczami.
- No powiedz mi. 
- Proszę o ciszę! Panno Moon! Mam nadzieję, że otworzyła już pani podręcznik na stronie 223? 
Pochyliła się i zaczęła szybko wertować książkę.
- Miałem tu kiedyś kruka - usłyszała szept Simona, który uśmiechnął się,  po czym najzwyczajniej w świecie zaczął robić zadanie. 

wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział 5

6 sierpnia, 1765 rok
Staruszka przetarła kolejny puchar szmatką. Odbijała się w nim jej zmęczona, wyniszczona twarz z popękanymi ustami i dużymi cieniami pod oczami. Dawniej bardzo lubiła ich kolor. Zielone, kojarzyły jej się z trawą porastającą łąki, po których biegała jako dziecko. Jednak te czasy minęły, a kobieta nie lubiła wracać do przeszłości.
Odłożyła puchar na stół, gdy drzwi otworzyły się i do pokoju wmaszerowała pani Gramere. W ręku ściskała arkusz papieru zapisany eleganckim pismem. Wcisnęła go w ręce staruszki z niesmakiem, jakby bała się, że staruszka ma brudne dłonie.
- To jest lista gości na dzisiejszy wieczór – powiedziała. - Masz zadbać, by zostali dobrze powitani. Nie możemy pozwolić sobie na żadne niedopatrzenie, rozumiesz?
Kiwnęła głową.
Pani Gramere wyszła szybko kaczym krokiem z pomieszczenia.
Staruszka usiadła na krześle i uważnie przyjrzała się liście.
Były to nazwiska najbardziej znanych ludzi w mieście, zaczynając od urzędników kończąc na aktorach z pobliskiego teatru. Jedno z nich szczególnie przykuło jej uwagę.
Bendengrove Meredith.
Po raz pierwszy usłyszała o niej kilka dni temu na targu. W mieście pojawiła się już następnego poranka i wzbudziła niemałą sensacje. Ludzie nie przesadzali chwaląc jej urodę. Miała długie kasztanowe loki i twarz jak z porcelany. I oczy, intensywnie niebieskie, przywodzące na myśl jezioro w środku lata, gdy promienie słońca odbijały się od tafli.
Medalion na szyi staruszki zaczął pulsować. Kobieta dotknęła go, ale szybko zabrała rękę. Był gorący, jak jeszcze nigdy wcześniej. Delikatnie musnęła opuszkami palców skrzydła kruka. Nigdy nie sądziła, że nadejdzie ten moment. Przełknęła ślinę. Nie mogła nic już zrobić. Meredith Bendengrove źle zrobiła przyjeżdżając do tego miasta.

Irvette siedziała na kanapie uporczywie wpatrując się w kruka za oknem. Aktualnie nic nie irytowało ją bardziej niż one. Pojawiały się wszędzie, o każdej porze. Sprawiały, że zazwyczaj spokojna Irvette wpadała w furię. 
- Głupie ptaszysko - mruknęła.
Rozsiadła się wygodnie.
Cały czas myślała nad słowami pana Graysa. 
„Ona też go miała. Na nadgarstku”.
Irvette złapała się na tym, że minutami wpatrywała się w swój blady nadgarstek jakby nagle miały się na nim pojawić odpowiedzi na wszystkie jej pytania.
Co to mogło oznaczać? Chodziło o znak? Tatuaż? Dlaczego pan Grays nie powiedział im o tym wcześniej?
Zerwała się z kanapy i chwyciła w ręce płaszcz. Nie mogła zostawić tych pytań bez odpowiedzi. Chwilę później biegła chodnikiem, najszybciej jak potrafiła. W tych godzinach pan Grays był w swoim sklepie. Przyspieszyła czując podekscytowanie. 
Zdyszana dobiegła do drzwi sklepu ze starociami. Gwałtownie je otworzyła i wtoczyła się do środka.
- Spokojnie! Pali się czy coś? - Pan Grays wyszedł z zaplecza poprawiając okulary. - Ach to ty Irvette! Biegłaś? Czekaj, przyniosę ci wody. Możesz się rozejrzeć w tym czasie.
Dziewczyna wymamrotała podziękowania i zaczęła ciekawie rozglądać się po sklepie. Nigdy wcześniej tu nie była, stare rzeczy jej nie interesowały. Teraz chodząc pomiędzy regałami i półkami dostrzegała uroki tego miejsca. Wszystko miało tu specyficzny zapach, który działał na nią kojąco. Co chwila podnosiła jakąś rzecz przyglądając się jej uważnie. Jej wzrok spoczął na bogato zdobionej, lecz zakurzonej szkatułce stojącej na kredensie. Uniosła wieczko. Z zawodem spostrzegła, że szkatułka była pusta.
- Piękna, nieprawdaż? 
Podskoczyła prawie wypuszczając przedmiot z rąk. Pan Grays stał za nią z delikatnym uśmiechem na pomarszczonej twarzy. 
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Twoja woda - powiedział podając jej kubek.
Upiła mały łyczek, nie spuszczając wzroku ze staruszka.
- Wiesz co jest ciekawe w tej szkatułce?
Pokręciła głową.
- Nie jest do końca pusta.
Irvette zmarszczyła brwi.
- Jak to?
Mężczyzna zachichotał.
- Popatrz.
Otworzył ją jeszcze raz i przejechał palcami po kryształkach, które ozdabiały środek. Gdy natrafił na właściwy, delikatnie go nacisnął. Irvette jak zaczarowana patrzyła na rozsuwające się dno, ukazujące to drugie, ukryte. Gdy jednak pochyliła się, by zobaczyć, co tam się znajduje, zamarła. 
- To... To przecież... niemożliwe...
- Piękny, prawda? - spytał pan Grays wyjmując czarny medalion z krukiem.
Dokładnie taki sam, jaki zobaczyła w kościele.
- Trafił tu parę lat temu. Pewna kobieta przyniosła go i wręcz błagała, żebym go wziął. Twierdziła, że jest niebezpieczny. Większych bzdur nie słyszałem! 
Mężczyzna kręcąc głową schował go z powrotem do szkatułki.
- Może dam ci jeszcze wody? Blado wyglądasz.