Irvette spędziła cztery kolejne lekcje
uważnie przypatrując się Simonowi. Wystarczyło, że ktoś powiedział przy
niej słowo "kruk", a już stawał się potencjalnym sprawcą całego tego
zamieszania. A Simon Gordin miał kiedyś to przeklęte ptaszysko
wytatuowane na nadgarstku, co według Irvette nie było przypadkiem.
Wszystko w tej pokręconej sprawie było ze sobą powiązane, więc brat
Hortensji z chłopaka działającego jej na nerwy stał się głównym
podejrzanym.
A to oznaczało tylko jedno. Musiała go bliżej poznać. Nie mogła przecież
stanąć na środku korytarza, wskazać na Simona palcem i krzyknąć "Hej,
to wszystko wina tego nowego chłopaka! Niech ktoś go łaskawie
aresztuje!", bo prawdopodobnie zyskałaby w szkole opinię wariatki. Gdy
zadzwonił dzwonek, rzuciła się pędem do drzwi i wypadła na korytarz
potrącając przy tym jakąś dziewczynę.
- Hej Irvette! Zaczekaj!
Odwróciła się gwałtownie. Osobą, na
którą wpadła, nie był nikt inny jak Grace Johson. Irvette z żalem
uświadomiła sobie, że od ponad dwóch tygodni zamieniły ze sobą tylko
kilka słów. Nie mogła przecież zaniedbywać starych przyjaciół na rzecz
tych nowych.
- Cześć Grace! Co tam u ciebie?
Blondynka uśmiechnęła się lekko.
- Wszystko w porządku. Pomyślałam, że może wpadłabyś do mnie jutro? Organizuję takie małe piżama party.
- Pewnie - kiedyś takie imprezy były ich tradycją. - Ty, ja, Daphne, popcorn i stare komedie. Brzmi super.
Na twarzy Grace pojawiło się zakłopotanie.
- Teraz dołączy do nas jeszcze Mab. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?
- Jasne, że nie - powiedziała
uśmiechając się szeroko, chociaż w głębi serca było jej przykro. Czyżby
Mab zajęła jej miejsce w dotąd nierozłącznym trio?
- To ja już pójdę. Umówiłam się z Simonem.
- Tym nowym? Dziewczyny ciągle o nim mówią, jest sensacją.
- Tak właśnie tym. To do zobaczenia!
Wyminęła Grace i skierowała się w stronę biblioteki.
- Jestem już - rzuciła w stronę Gordina, który z zapałem studiował jakąś książkę.
- Zauważyłem - powiedział nie
odrywając wzroku od lektury. W końcu jednak spojrzał na nią - Całkiem
ciekawe - wskazał na książkę.
- Czyżby? A występują tam kruki? - Uśmiechnęła się ironicznie.
- Nie przypominam sobie - parsknął.
- Wiesz, ostatnio strasznie ich dużo w naszym mieście. Oblegają skrzynki, dachy, parapety. To dziwne, nie sądzisz?
Kiwnął głową bez zainteresowania.
- Co cię skłoniło do wytatuowania sobie jednego?
Popatrzył na nią ze zdziwieniem.
- Naprawdę spotkaliśmy się tu, żeby o
tym rozmawiać? No dobra, powiedzmy, że należę do pewnego stowarzyszenia,
gdzie wszyscy mają takie kruki wytatuowane na różnych częściach ciała.
Ja wybrałem nadgarstek sam nie wiem, czemu.
- A Maryse Jones też należała do tego stowarzyszenia?
"Ona też go miała. Na nadgarstku"
Tajemnicze słowa pana Graysa ciągle zaprzątały jej głowę.
- Jaka Maryse?
- Ta zamordowana dziewczyna -
Przewróciła oczami - Nie mów, że o tym nie słyszałeś. Może i jesteś
nowy, ale sprawa jest świeża i każdy w tym mieście mówi tylko o tym. No
więc? Ona też miała na nadgarstku kruka.
Simon przełknął ślinę.
- A tak właściwie, czym zajmuje się to twoje stowarzyszenie? I czemu akurat kruki?!
- Słuchaj dokończymy tę rozmowę jutro. Przypomniało mi się coś ważnego. To cześć!
- Simon! - krzyknęła, ale było już za późno. Chłopak wybiegł z pomieszczenia odprowadzony karcącym spojrzeniem bibliotekarki.
Dla Irvette jasne było, że Simon
doskonale wiedział, co wydarzyło się wtedy w lesie mnichów, ba - może
nawet sam był za to odpowiedzialny. Teraz musiała jakoś sprawić, żeby
przyznał się do winy i wytłumaczył, o co chodzi.
15 minut później wyszła z biblioteki
wystukując numer Sileny w telefonie. Zatrzymała się jednak słysząc
podniesione głosy z jednej z sal. Zbliżyła się do drzwi nasłuchując.
- Ja wiedziałem, że zakon zrobi
wszystko, żeby odzyskać medalion i robić dalej swoje, ale nigdy nie
sądziłem, że będzie działał tak lekkomyślnie!
To zdecydowanie był Simon.
- Och, daj spokój. Oni wiedzą, co robią i jeśli namalowali na nadgarstku Maryse znak, to w jakimś celu.
Irvette ze zdziwieniem rozpoznała głos
Mab Wannerson. Tej samej, która pokazała im artykuł w gazecie. Która
była tak bardzo poruszona śmiercią koleżanki.
- Ludzie nie są głupi! Pomysł, żeby
podpalić sklep tego starca mógł podsunąć tylko Rick! Myślisz, że nie
powiązali sobie tych dwóch spraw? Mogę cię zapewnić, że Irvette to
zrobiła!
- Irvette? A co ona ma z tym wspólnego?
- Myślenie nie boli, Mab! Wie, że
Maryse miała dokładnie taki sam znak jak ja! Domyśliła się, że mam coś
wspólnego z morderstwem jej koleżanki.
- W takim razie następnym krokiem będzie usunięcie Irvette - rzuciła zimno Mab.
Irvette poczuła, że robi się jej
słabo. Czy Mab, dziewczyna, którą znała praktycznie od zawsze,
zamierzała ją zabić? To brzmiało tak absurdalnie, że chciało jej się
śmiać, ale ton nastolatki świadczył o tym, że mówiła na poważnie.
- Chyba sobie żartujesz! Nie pozwolę ci tego zrobić!
- Po czyjej jesteś stronie Simon? Chodź, Rick na nas czeka.
Irvette rzuciła się korytarzem i
wpadła do łazienki. Gdy usłyszała oddalające się kroki, wyszła
rozglądając się niepewnie. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Ruszyła na
parking. Simon mówił coś o medalionie. Miała całkowitą pewność, że
chodziło o ten sam, który spoczywał na dnie szkatułki ze sklepu pana
Graysa. A więc zakon chciał go odzyskać. Kimkolwiek byli ci ludzie.
Zatrzymała się, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się i
zobaczyła Simona i Mab rozmawiających o czymś cicho. Wsiedli do
czarnego, eleganckiego samochodu. To właśnie jego kierowca patrzył na
nią uważnie. Irvette skrzywiła się. To właśnie musiał być Rick.
Mężczyzna z zakonu. Ten sam, który podpalił sklep. Jego złośliwy uśmiech
mogła rozpoznać na kilometr. Irvette zacisnęła pięści.
Miała coś. czego oni potrzebowali.
Zamierzała to wykorzystać, dowiedzieć się, o co chodzi z zakonem. Czy
mieli oni coś wspólnego z kościołem, o którym opowiadał Enzo?
Wystukała szybko numer Sileny.
- Tak? - usłyszała lekko podekscytowany głos.
- Dzisiaj o północy pod starym kościołem. Mamy trochę tropów, które trzeba sprawdzić.
- Już nie mogę się doczekać!
Irvette rozłączyła się i rozejrzała po parkingu. Czarny samochód zniknął.
Ku jej zdziwieniu w zasięgu wzroku nie
było żadnych kruków. Teraz pozostało jej tylko przyjrzeć się temu
jednemu, schowanemu bezpiecznie w szkatułce, którego tak bardzo pragnął
zakon.
poniedziałek, 4 stycznia 2016
piątek, 18 grudnia 2015
Rozdział 6
Mężczyzna
rozejrzał się ze znudzeniem po ulicy. Nikogo nie było. Ludzie o tej
porze zazwyczaj siedzieli w pracy, szkole czy na partyjce brydża w
klubie seniora w centrum miasta.
Spojrzał
jeszcze raz przez okno. Ciągle tam stali. Mężczyzna zastanawiał się, co
takiego ten staruch pokazał dziewczynie, że tak się przestraszyła.
- Nie to jest teraz ważne - przywołał się do porządku.
Bracia
z zakonu mówili mu, żeby nie zostawiał śladów. Nie posłuchał ich, zabił
dziewczynę, ale zostawił ciało w lesie. A niejaki George Grays je
znalazł i zdecydowanie za dużo widział. Teraz brat musiał naprawić swój
błąd. Co prawda w jego planie nie było miejsca na żadną ciekawską
małolatę, ale później wytłumaczy się z tego zakonowi. Teraz musiał
działać. Na jego ustach
pojawił się podły uśmiech.
Podpalenie tego żałosnego sklepu będzie dla niego czystą przyjemnością.
Irvette
najpierw poczuła nieprzyjemną woń dymu, a po chwili zobaczyła ogień.
Pan Grays wpadł w rozpacz i rozpaczliwie próbował ugasić płonące
zabytkowe krzesło. Irvette poczuła narastającą panikę. Chwyciła
szkatułkę i wrzuciła ją do torby. Nie mogła zostawić medalionu.
- Panie Grays! Musimy wyjść stąd jak najszybciej!
Zaczęła ciągnąć staruszka za rękaw, ale ten ją odepchnął.
- Ten sklep to całe moje życie! Nie mogę pozwolić, żeby spłonął!
Zaczął zbierać przypadkowe rzeczy przyciskając je mocno do piersi jak najcenniejsze skarby.
- Nie zostawię tutaj pana! Proszę dać mi rękę.
Gdy staruszek nie zareagował, pociągnęła go mocno za ramię i brutalnie wyciągnęła go ze sklepu.
Upadł na chodnik i zaczął cicho łkać.
- Mój sklep... - wyszeptał i ukrył twarz w dłoniach.
Irvette spojrzała na niego z niepokojem i szybko zadzwoniła na numer straży pożarnej.
-
Dzień dobry, tutaj Irvette Moon, chciałabym zgłosić pożar sklepu z
antykami na ulicy... - urwała, gdy poczuła czyjś wzrok na sobie.
Podniosła
głowę i zobaczyła wysokiego mężczyznę z krótko ostrzyżonymi włosami,
który uśmiechnął się złośliwie i zniknął za rogiem.
- Przy jakiej ulicy? - usłyszała naglący głos w telefonie.
- Westline 23 - wychrypiała wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał mężczyzna.
- Nie wierzę, że to był przypadek - powiedziała Selina kręcąc głową i rzucając gazetę na ławkę.
Irvette westchnęła. Wciąż nie mogła uwierzyć, że gdyby jej tam nie było, pan Grays zostałby w sklepie.
- Ja też nie - wtrąciła Ange poprawiając kucyka. - Myślicie, że ten mężczyzna, którego widziała Irvette, to zabójca Maryse?
- Jestem tego pewna, Ange.
- Może wrócił, żeby się zemścić? - podejrzewał Enzo.
- To pewnie jakiś obłąkaniec, który bardzo lubi odwiedzać lasy i stare, opuszczone kościoły - powiedział Carter.
Do sali wszedł nauczyciel matematyki.
- Witam państwa - rzucił uśmiechając się szeroko. - Proszę zająć miejsca.
Irvette została sama w ławce. Westchnęła.
-
Sprawdziłem wasze testy. Muszę przyznać, że niektórzy tym razem się
nauczyli - powiedział pan Jones uśmiechając się w stronę rozpromienionej
Seliny.
Drzwi otworzyły się i do sali z szerokim uśmiechem wparował Simon Gordin.
Irvette
przewróciła oczami. Simon był nowy w szkole, ale zdążyła go poznać, bo
był bratem Hortensji Gordin, która była jej psychologiem. W
przeciwieństwie do siostry ubierał się w ciemne kolory i miał gęste
brązowe włosy. Chyba nigdy nie spotkała tak denerwującego chłopaka, jak
Simon.
- Witam - powiedział ogarniając wzrokiem klasę.
- Dzień dobry. Pan Gordin, jak się nie mylę?
- Tak, to ja. Hej Irvette!
Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni. Jęknęła w duchu.
Simon jak gdyby nigdy nic odsunął krzesło i usiadł obok niej w ławce.
- Niech pan sobie nie przeszkadza - rzucił w stronę nauczyciela.
Pan Jones wrócił do rozdawania sprawdzianów.
- Masz może coś do pisania? - nie czekając na odpowiedź wyciągnął rękę po jej piórnik.
Rękaw kurtki podwinął się lekko ukazując gładką skórę. Dopiero teraz zobaczyła na jego nadgarstku blady rysunek.
- Miałeś tatuaż? - spytała unosząc brwi.
- Kiedyś - Simon uśmiechnął się szeroko.
- A co on właściwie przedstawiał? – spytała. - Nic już prawie nie widać.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła - parsknął.
Wywróciła oczami.
- No powiedz mi.
- Proszę o ciszę! Panno Moon! Mam nadzieję, że otworzyła już pani podręcznik na stronie 223?
Pochyliła się i zaczęła szybko wertować książkę.
-
Miałem tu kiedyś kruka - usłyszała szept Simona, który uśmiechnął się,
po czym najzwyczajniej w świecie zaczął robić zadanie.
wtorek, 8 grudnia 2015
Rozdział 5
6 sierpnia, 1765 rok
Staruszka
przetarła kolejny puchar szmatką. Odbijała się w nim jej zmęczona,
wyniszczona twarz z popękanymi ustami i dużymi cieniami pod oczami.
Dawniej bardzo lubiła ich kolor. Zielone, kojarzyły jej się z trawą
porastającą łąki, po których biegała jako dziecko. Jednak te czasy
minęły, a kobieta nie lubiła wracać do przeszłości.
Odłożyła
puchar na stół, gdy drzwi otworzyły się i do pokoju wmaszerowała pani
Gramere. W ręku ściskała arkusz papieru zapisany eleganckim pismem.
Wcisnęła go w ręce staruszki z niesmakiem, jakby bała się, że staruszka
ma brudne dłonie.
-
To jest lista gości na dzisiejszy wieczór – powiedziała. - Masz zadbać,
by zostali dobrze powitani. Nie możemy pozwolić sobie na żadne
niedopatrzenie, rozumiesz?
Kiwnęła głową.
Pani Gramere wyszła szybko kaczym krokiem z pomieszczenia.
Staruszka usiadła na krześle i uważnie przyjrzała się liście.
Były
to nazwiska najbardziej znanych ludzi w mieście, zaczynając od
urzędników kończąc na aktorach z pobliskiego teatru. Jedno z nich
szczególnie przykuło jej uwagę.
Bendengrove Meredith.
Po
raz pierwszy usłyszała o niej kilka dni temu na targu. W mieście
pojawiła się już następnego poranka i wzbudziła niemałą sensacje. Ludzie
nie przesadzali chwaląc jej urodę. Miała długie kasztanowe loki i twarz
jak z porcelany. I oczy, intensywnie niebieskie, przywodzące na myśl
jezioro w środku lata, gdy promienie słońca odbijały się od tafli.
Medalion
na szyi staruszki zaczął pulsować. Kobieta dotknęła go, ale szybko
zabrała rękę. Był gorący, jak jeszcze nigdy wcześniej. Delikatnie
musnęła opuszkami palców skrzydła kruka. Nigdy nie sądziła, że nadejdzie
ten moment. Przełknęła ślinę. Nie mogła nic już zrobić. Meredith
Bendengrove źle zrobiła przyjeżdżając do tego miasta.
Irvette
siedziała na kanapie uporczywie wpatrując się w kruka za oknem.
Aktualnie nic nie irytowało ją bardziej niż one. Pojawiały się wszędzie,
o każdej porze. Sprawiały, że zazwyczaj spokojna Irvette wpadała w
furię.
- Głupie ptaszysko - mruknęła.
Rozsiadła się wygodnie.
Cały czas myślała nad słowami pana Graysa.
„Ona też go miała. Na nadgarstku”.
Irvette
złapała się na tym, że minutami wpatrywała się w swój blady nadgarstek
jakby nagle miały się na nim pojawić odpowiedzi na wszystkie jej
pytania.
Co to mogło oznaczać? Chodziło o znak? Tatuaż? Dlaczego pan Grays nie powiedział im o tym wcześniej?
Zerwała
się z kanapy i chwyciła w ręce płaszcz. Nie mogła zostawić tych pytań
bez odpowiedzi. Chwilę później biegła chodnikiem, najszybciej jak
potrafiła. W tych godzinach pan Grays był w swoim sklepie. Przyspieszyła
czując podekscytowanie.
Zdyszana dobiegła do drzwi sklepu ze starociami. Gwałtownie je otworzyła i wtoczyła się do środka.
-
Spokojnie! Pali się czy coś? - Pan Grays wyszedł z zaplecza poprawiając
okulary. - Ach to ty Irvette! Biegłaś? Czekaj, przyniosę ci wody.
Możesz się rozejrzeć w tym czasie.
Dziewczyna
wymamrotała podziękowania i zaczęła ciekawie rozglądać się po sklepie.
Nigdy wcześniej tu nie była, stare rzeczy jej nie interesowały. Teraz
chodząc pomiędzy regałami i półkami dostrzegała uroki tego miejsca.
Wszystko miało tu specyficzny zapach, który działał na nią kojąco. Co
chwila podnosiła jakąś rzecz przyglądając się jej uważnie. Jej wzrok
spoczął na bogato zdobionej, lecz zakurzonej
szkatułce stojącej na kredensie. Uniosła wieczko. Z zawodem spostrzegła,
że szkatułka była pusta.
- Piękna, nieprawdaż?
Podskoczyła prawie wypuszczając przedmiot z rąk. Pan Grays stał za nią z delikatnym uśmiechem na pomarszczonej twarzy.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Twoja woda - powiedział podając jej kubek.
Upiła mały łyczek, nie spuszczając wzroku ze staruszka.
- Wiesz co jest ciekawe w tej szkatułce?
Pokręciła głową.
- Nie jest do końca pusta.
Irvette zmarszczyła brwi.
- Jak to?
Mężczyzna zachichotał.
- Popatrz.
Otworzył
ją jeszcze raz i przejechał palcami po kryształkach, które ozdabiały
środek. Gdy natrafił na właściwy, delikatnie go nacisnął. Irvette jak
zaczarowana patrzyła na rozsuwające się dno, ukazujące to drugie,
ukryte. Gdy jednak pochyliła się, by zobaczyć, co tam się znajduje,
zamarła.
- To... To przecież... niemożliwe...
- Piękny, prawda? - spytał pan Grays wyjmując czarny medalion z krukiem.
Dokładnie taki sam, jaki zobaczyła w kościele.
-
Trafił tu parę lat temu. Pewna kobieta przyniosła go i wręcz błagała,
żebym go wziął. Twierdziła, że jest niebezpieczny. Większych bzdur nie
słyszałem!
Mężczyzna kręcąc głową schował go z powrotem do szkatułki.
- Może dam ci jeszcze wody? Blado wyglądasz.
poniedziałek, 30 listopada 2015
Rozdział 4
- Z dedykacją dla Ali G.-
Z tego wzgórza widać było całe miasto. Nawet o trzeciej w nocy, gdy wszystko pogrążyło się w ciemności robiło to niesamowite wrażenie. Selina odgoniła ręką natrętnego komara i wygodniej ułożyła się na trawie.
Z tego wzgórza widać było całe miasto. Nawet o trzeciej w nocy, gdy wszystko pogrążyło się w ciemności robiło to niesamowite wrażenie. Selina odgoniła ręką natrętnego komara i wygodniej ułożyła się na trawie.
- To co robimy? - ciszę przerwało pytanie zirytowanego Cartera. - Siedzimy tu już godzinę.
- Nikt cię tu nie trzyma - powiedział Enzo ziewając. - Możesz iść.
Carter obrzucił go nienawistnym spojrzeniem.
Selina
wywróciła oczami i z ciekawością spojrzała na Irvette, która dopiero
niedawno dołączyła do ich paczki. Teraz siedziała na starym pniu drzewa
zawzięcie notując coś w zeszycie, który oświetlała latarką w telefonie.
Ange ze znudzeniem wpatrywała się w kłócących chłopaków.
- Zachowujecie się jak dzieci - stwierdziła marszcząc brwi.
Oboje parsknęli, rzucając sobie ostatnie zimne spojrzenie.
- Skończyłam - Irvette uśmiechnęła się triumfalnie.
Cała czwórka popatrzyła na nią z mieszaniną ciekawości i zdziwienia.
Dziewczyna usiadła na trawie i zaświeciła latarką na zeszyt.
-
Wszystko sobie rozrysowałam. Maryse umarła w piątek, dwa dni później
byliście w kościele, gdzie coś zaatakowało Enza. Maryse została
znaleziona w lesie mnichów w ten sam dzień, gdy ja tam byłam i
zemdlałam.
- Zobaczyłaś wtedy ten kościół i jakiś medalion w kształcie kruka na swojej dłoni - przypomniała Selina.
-
Ten mężczyzna... chwila. Nazywa się George Grays, to on znalazł ciało.
Prowadzi sklep ze starociami dwie przecznice od szkoły. Myślę, że
powinniśmy od niego zacząć.
- To na co czekamy? - Selina zerwała się na równe nogi.
- Jest trzecia w nocy, Sel. Zgaduję, że pan Grays śpi sobie teraz smacznie w swoim łóżku.
- Oczywiście musimy tam wrócić - mruknęła Ange nawijając na palec kosmyk blond włosów.
Reszta spojrzała na nią zdziwiona.
- Kościół, las mnichów. Te dwa miejsca są ze sobą powiązane, jestem tego pewna.
-
Mimo że nie mam ochoty na ponowne odwiedzenie tej piwnicy, to Ange ma
rację - powiedział Enzo. - Jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć, musimy
poszukać w odpowiednim miejscu.
- Najpierw odwiedźmy tego gościa, jak mu tam było? Zresztą nieważne. Jutro po południu do niego pójdziemy.
Carter wstał z zimnej ziemi i przeciągnął się.
-
Skoro już sobie wszystko ustaliliśmy, pozwólcie, że wrócę do ciepłego
łóżka, z którego mnie tak brutalnie wyciągnięto - spojrzał z wyrzutem na
Ange, która tylko wzruszyła ramionami z szerokim uśmiechem.
- A teraz - powiedziała Selina - Kto zbiega ze mną z tego wzgórza krzycząc "pizza"?
Irvette wygładziła spódniczkę, żeby wyglądać bardziej porządnie.
- Gotowa? - spytała Ange.
- Chyba tak.
Westchnęła i głośno zapukała.
Po
chwili, która w jej przekonaniu trwała wieczność drzwi otworzyły się i
ich oczom ukazał się niski staruszek z drucianymi okularami na nosie.
-
Dzień dobry! Nazywam się Irvette Moon, a to jest Angelina Larento.
Chciałybyśmy z panem porozmawiać o... wydarzeniach, które ostatnio miały
miejsce. Jeżeli pan ma oczywiście czas.
Pan Grays zmarszczył brwi, lecz po chwili na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
-
Wejdźcie dziewczynki, domyślam się, że chcecie dowiedzieć się czegoś o
tej zamordowanej nastolatce? Dużo osób przychodzi i o nią wypytuje.
- Wiemy, że musi być to dla pana męczące - powiedziała ze współczuciem Ange wchodząc do małego przedpokoju.
- Macie ochotę na herbatę? Albo ciastka?
Dziesięć minut później siedziały na kanapie w skromnie urządzonym salonie popijając gorący napój.
-
Rano wyszedłem z domu jak każdego innego dnia. Zawsze chodzę na spacer z
moim psem do pobliskiego lasu. Nagle Johny zerwał się ze smyczy i
pobiegł w jakąś boczną ścieżkę. I wtedy właśnie znalazłem tą biedną
dziewczynę.
- Jak ona wyglądała?
- Leżała we krwi, blada. To był naprawdę straszny widok.
- Co pan wtedy zrobił?
-
Zadzwoniłem na policję, oczywiście! Przyjechali, zabrali ciało i
zadawali mi setki pytań. Czy kogoś tu widziałem, czy często tu
przychodzę, czy znam tę dziewczynę. Powiedziałem im, że kiedyś przyszła
do mojego sklepu. Mam dobrą pamięć do twarzy. Może jeszcze ciasteczek?
Gdy w końcu ubrały płaszcze i były gotowe do wyjścia dochodziła już godzina 15.00.
- Dziękujemy, że zgodził się pan odpowiedzieć na nasze pytania.
Irvette uśmiechnęła się delikatnie.
- Było mi miło dziewczynki. Wpadajcie częściej, przyda się towarzystwo takiemu staremu człowiekowi jak ja.
Ange
otworzyła drzwi wpuszczając do mieszkania chłodne powietrze. Irvette
zobaczyła ptaka siedzącego na skrzynce na skrzynce przy domu
naprzeciwko. Przekrzywiał lekko głowę.
- Kruki. Coraz częściej je tutaj widzę.
Pan Grays kiwnął głową.
- Ona też go miała. Na nadgarstku.
Posłał im ostatni uśmiech i zamknął drzwi.
poniedziałek, 2 listopada 2015
Rozdział 3
Z trudem otworzyła oczy i rozejrzała po pokoju. Wszystko tu miało biały kolor - od ścian do etykietek na lekach rozstawionych na stoliczku obok jej łóżka. Jedynym niepasującym elementem była kobieta siedząca na krześle. Miała na sobie różowy garnitur, a na nos wcisnęła okulary w dziwnym kształcie. Włosy niedbale zaplotła w warkocz, a usta pomalowała czerwoną, jaskrawą szminką. Założyła nogę na nogę i z wyraźną irytacją próbowała skrzesić ogień w swojej zapalniczce.
- Przepraszam? - spytała Irvette, a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodała głośniej - Kim pani jest?
Kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po chwili na jej twarzy pojawił się nienaturalnie szeroki uśmiech.
Poderwała się z krzesła i zaczęła energicznie potrząsać jej ręką.
- Hortensja Gordin, do usług! Już z tych nerwów, że się nie obudzisz, chciałam zapalić! A wiesz, jakby któraś z tych pielęgniarek to zobaczyła, to mogłabym się już tu nigdy nie pokazywać!
Kobieta z powrotem usiadła na krześle i głęboko westchnęła.
- A czym się pani zajmuje? - zapytała przyglądając się jej uważnie.
- Żadna pani, tylko Hortensja! Chyba, że wolisz mówić mi Horti? W końcu mam tylko 23 lata! Jestem psychologiem. A właściwie będę. Wiesz, to trochę długa historia...
- A gdzie ja jestem?
- W szpitalu. Zemdlałaś w szkole. Biedactwo! Jak się czujesz?
Hortensja spojrzała na nią z tak autentyczną troską, że Irvette zapałała niezwykłą sympatią do jej osoby.
- Dobrze... Głowa mnie tylko trochę boli.
Kobieta spojrzała na nią smutno i pokiwała głową.
- To musiał być dla ciebie duży szok. Czy to była twoja przyjaciółka?
Maryse. Las mnichów. Artykuł w gazecie. Wspomnienia uderzył w nią z podwójną siłą.
- Nie, ledwo się znałyśmy...
Kolejne kiwnięcie głową.
- Irvette, twoi rodzice poprosili mnie, żebym prowadziła z tobą rozmowę raz w tygodniu, w piątki. Oczywiście, jeżeli się zgodzisz.
- Myślę, że to dobry pomysł. Ostatnio nie czuję się sobą.
Westchnęła i opadła na poduszki.
Hortensja zadała jej jeszcze kilka pytań, po czym wychodząc zderzyła się w drzwiach z tęgą pielęgniarką.
Ta druga z rozdrażnieniem przecisnęła się do sali i podeszła do łóżka stojącego naprzeciwko posłania Irvette. Dopiero teraz zauważyła chłopaka w jej wieku, który z irytacją próbował się wygrzebać spod kołdry.
Wyglądał słabo i mizernie, ale ciemne oczy tryskały energią.
- Panie Braynor! Spokojnie!
Pielęgniarka podeszła do niego i pomogła mu się podnieść.
- Zaraz przyniosę panu leki, a teraz proszę, by przez te dziesięć minut nie zamienił tego miejsca w ruinę jak poprzednio - rzuciła sarkastycznie.
- Obiecuję Helen!
Uśmiechnął się promiennie i oprowadził pielęgniarkę wzrokiem.
- Wcale nie było tak źle - powiedział, a Irvette zdała sobie sprawę, że mówi do niej. - Próbowałem sięgnąć po telefon i jakoś samo się dalej potoczyło.
Wyszczerzył zęby zadowolny.
- Jestem Enzo.
- Irvette - uśmiechnęła się delikatnie - Długo tu jesteś?
- Od tygodnia - jęknął - Mam złamaną nogę i coś tam jeszcze.
Drzwi sali otworzyły się ponownie i do pokoju wbiegła wysoka, ładna dziewczyna z ciemnymi włosami. Rozpoznała ją. Selina Blackgold była bardzo popularna w szkole, chociaż przez większość społeczności była uważana za totalną wariatkę.
- Hej Enzo! - uśmiechnęła się wesoło - O! Irvette! Ty też tutaj?
Selina podeszła do niej i uścisnęła ją mocno.
- A wy co tu robicie? - spytała zaciekawiona Irvette.
- Mały wypadek przy pracy.
- Mały?
- No dalej, opowiedz Enzo!
Podekscytowana Selina przysiadła na brzegu jego łóżka.
Enzo westchnął.
- Dlaczego zawsze ja?
- Będzie po nas.
- Od kiedy ty taki strachliwy, co Enzo?
Ciemnowłosy chłopak przewrócił oczami.
- Twoje plany zawsze kończą się źle Selino.
- Ten jest dopracowany. Nic nam nie będzie. Trochę zaufania.
- Czyżby nasz cudowny Enzunio bał się starego, opuszczonego kościoła? - wtrącił drugi, wysoki chłopak o lekko złośliwym wyrazie twarzy.
- Cicho bądź Grand!
Selina syknęła posyłając im wściekłe spojrzenia i podeszła do blondynki, która z zapałem studiowała mapę.
- I co? Masz coś Ange?
- Jeżeli ta mapa jest prawdziwa, to powinniśmy zejść teraz gdzieś... tam!
Cała czwórka spojrzała na klapę w podłodze. Co jak co, ale nie wyglądała ona zachęcająco.
- Czego się nie robi dla przygody - mruknął Enzo silnym ruchem otwierając przejście do piwnic.
- Pomyśl tylko o tych zdjęciach, które zrobimy. O sensacji na całą szkołę! - powiedziała z entuzjazmem Selina zakładając kosmyk włosów za ucho.
Chłopak spojrzał na nią z niechęcią. Na początku roku chciał jej zaimponować, więc dołączył do jej paczki, której ulubionym zajęciem było pojawianie się tam, gdzie było niebezpiecznie, mroczno i ponuro. Nie było to samo w sobie takie straszne, ale akurat teraz wolałby spać w swoim łóżku.
Po prostu spodobała mu się zła dziewczyna.
Enzo westchnął i zaczął schodzić po schodach świecąc latarką na wszystkie strony.
- Zabierz to ode mnie Braynor! - warknął Carter Grand, zakrywając oczy przed światłem.
Paczka Seliny była bardzo milutka.
Ona, przywódczyni, pewna siebie, odważna, każdy wiedział, że z Seliną Blackgold się nie zadziera.
Angelina Larento, dziewczyna o urodzie anioła, zupełne przeciwieństwo swojej najlepszej przyjaciółki, cierpliwa, miła, wesoła, uosobienie dobra.
A z drugiej strony Carter Grand, który nie liczył się z niczym i nikim, powarkiwał na każdego, kto chociaż spróbował się do niego zbliżyć.
- Daleko jeszcze?
- Pytasz się już trzeci raz!
Szli jedno za drugim. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Było ciemno, wilgotno i nieprzyjemnie. Ange jęknęła, gdy strzepywała kolejnego już pająka ze swojego blond warkocza.
Enzo nie był tchórzem. Ale ostatnio nigdzie nie było bezpiecznie. Zaczęło się od tego, że jakaś Maryse z jego szkoły została zamordowana.
Gdzieś w ciemności rozległo się wycie.
Enzo zatrzymał się gwałtownie dając znak pozostałej trójce.
- Co jest Braynor? Strach cię obleciał? - zakpił Carter.
- Cicho.
Stali przez chwilę w zupełnym milczeniu.
- Słuchaj Enzo, jesteś pewny, że...
Teraz cała czwórka to usłyszała. Przeraźliwe wycie z końca korytarza.
Selina pobladła i zacisnęła palce na jego nadgarstku.
- Co to było?!
- Jesteś pewna, że ten kościół jest opuszczony?
- Wolę tego nie sprawdzać!
Zaczęli biec na oślep. W pewnej chwili Enzo poczuł silny ból w nodze. Upadł. Słyszał krzyki, rozpaczliwie nawoływania i wycie.
- Co było po tym?
Enzo westchnął.
- Nie wiem. Zemdlałem. Carter, Selina i Ange wnieśli mnie na górę i zadzwonili po pomoc. Ale to było dziwne. Czułem czyjąś obecność, tam na dole. Tak jakby... Ktoś mnie wołał. Prosił, bym został i mu pomógł.
Do sali ponownie weszła Helen, a widząc Seline wydała z siebie nieprzyjemny pomruk.
- Mówiłam ci dziewczyno, że on ma odpoczywać! Natychmiast mi stąd wyjdź!
- Jeszcze pięć minut psze pani!
Enzo parsknął.
- Grabisz sobie Blackgold. Z Helen nie warto zadzierać.
Irvette podeszła do okna. Był wietrzny, zimny dzień. Ludzie spieszyli się do domów. Nikt nie zwracał uwagi na rzeczy wokół niego. Tylko mały kruk siedział na drzewie. Jego małe czarne oczka patrzyły wprost na nią. W końcu zniecierpliwiony rozłożył skrzydła i odfrunął gdzieś w deszcz.
- Przepraszam? - spytała Irvette, a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodała głośniej - Kim pani jest?
Kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po chwili na jej twarzy pojawił się nienaturalnie szeroki uśmiech.
Poderwała się z krzesła i zaczęła energicznie potrząsać jej ręką.
- Hortensja Gordin, do usług! Już z tych nerwów, że się nie obudzisz, chciałam zapalić! A wiesz, jakby któraś z tych pielęgniarek to zobaczyła, to mogłabym się już tu nigdy nie pokazywać!
Kobieta z powrotem usiadła na krześle i głęboko westchnęła.
- A czym się pani zajmuje? - zapytała przyglądając się jej uważnie.
- Żadna pani, tylko Hortensja! Chyba, że wolisz mówić mi Horti? W końcu mam tylko 23 lata! Jestem psychologiem. A właściwie będę. Wiesz, to trochę długa historia...
- A gdzie ja jestem?
- W szpitalu. Zemdlałaś w szkole. Biedactwo! Jak się czujesz?
Hortensja spojrzała na nią z tak autentyczną troską, że Irvette zapałała niezwykłą sympatią do jej osoby.
- Dobrze... Głowa mnie tylko trochę boli.
Kobieta spojrzała na nią smutno i pokiwała głową.
- To musiał być dla ciebie duży szok. Czy to była twoja przyjaciółka?
Maryse. Las mnichów. Artykuł w gazecie. Wspomnienia uderzył w nią z podwójną siłą.
- Nie, ledwo się znałyśmy...
Kolejne kiwnięcie głową.
- Irvette, twoi rodzice poprosili mnie, żebym prowadziła z tobą rozmowę raz w tygodniu, w piątki. Oczywiście, jeżeli się zgodzisz.
- Myślę, że to dobry pomysł. Ostatnio nie czuję się sobą.
Westchnęła i opadła na poduszki.
Hortensja zadała jej jeszcze kilka pytań, po czym wychodząc zderzyła się w drzwiach z tęgą pielęgniarką.
Ta druga z rozdrażnieniem przecisnęła się do sali i podeszła do łóżka stojącego naprzeciwko posłania Irvette. Dopiero teraz zauważyła chłopaka w jej wieku, który z irytacją próbował się wygrzebać spod kołdry.
Wyglądał słabo i mizernie, ale ciemne oczy tryskały energią.
- Panie Braynor! Spokojnie!
Pielęgniarka podeszła do niego i pomogła mu się podnieść.
- Zaraz przyniosę panu leki, a teraz proszę, by przez te dziesięć minut nie zamienił tego miejsca w ruinę jak poprzednio - rzuciła sarkastycznie.
- Obiecuję Helen!
Uśmiechnął się promiennie i oprowadził pielęgniarkę wzrokiem.
- Wcale nie było tak źle - powiedział, a Irvette zdała sobie sprawę, że mówi do niej. - Próbowałem sięgnąć po telefon i jakoś samo się dalej potoczyło.
Wyszczerzył zęby zadowolny.
- Jestem Enzo.
- Irvette - uśmiechnęła się delikatnie - Długo tu jesteś?
- Od tygodnia - jęknął - Mam złamaną nogę i coś tam jeszcze.
Drzwi sali otworzyły się ponownie i do pokoju wbiegła wysoka, ładna dziewczyna z ciemnymi włosami. Rozpoznała ją. Selina Blackgold była bardzo popularna w szkole, chociaż przez większość społeczności była uważana za totalną wariatkę.
- Hej Enzo! - uśmiechnęła się wesoło - O! Irvette! Ty też tutaj?
Selina podeszła do niej i uścisnęła ją mocno.
- A wy co tu robicie? - spytała zaciekawiona Irvette.
- Mały wypadek przy pracy.
- Mały?
- No dalej, opowiedz Enzo!
Podekscytowana Selina przysiadła na brzegu jego łóżka.
Enzo westchnął.
- Dlaczego zawsze ja?
- Będzie po nas.
- Od kiedy ty taki strachliwy, co Enzo?
Ciemnowłosy chłopak przewrócił oczami.
- Twoje plany zawsze kończą się źle Selino.
- Ten jest dopracowany. Nic nam nie będzie. Trochę zaufania.
- Czyżby nasz cudowny Enzunio bał się starego, opuszczonego kościoła? - wtrącił drugi, wysoki chłopak o lekko złośliwym wyrazie twarzy.
- Cicho bądź Grand!
Selina syknęła posyłając im wściekłe spojrzenia i podeszła do blondynki, która z zapałem studiowała mapę.
- I co? Masz coś Ange?
- Jeżeli ta mapa jest prawdziwa, to powinniśmy zejść teraz gdzieś... tam!
Cała czwórka spojrzała na klapę w podłodze. Co jak co, ale nie wyglądała ona zachęcająco.
- Czego się nie robi dla przygody - mruknął Enzo silnym ruchem otwierając przejście do piwnic.
- Pomyśl tylko o tych zdjęciach, które zrobimy. O sensacji na całą szkołę! - powiedziała z entuzjazmem Selina zakładając kosmyk włosów za ucho.
Chłopak spojrzał na nią z niechęcią. Na początku roku chciał jej zaimponować, więc dołączył do jej paczki, której ulubionym zajęciem było pojawianie się tam, gdzie było niebezpiecznie, mroczno i ponuro. Nie było to samo w sobie takie straszne, ale akurat teraz wolałby spać w swoim łóżku.
Po prostu spodobała mu się zła dziewczyna.
Enzo westchnął i zaczął schodzić po schodach świecąc latarką na wszystkie strony.
- Zabierz to ode mnie Braynor! - warknął Carter Grand, zakrywając oczy przed światłem.
Paczka Seliny była bardzo milutka.
Ona, przywódczyni, pewna siebie, odważna, każdy wiedział, że z Seliną Blackgold się nie zadziera.
Angelina Larento, dziewczyna o urodzie anioła, zupełne przeciwieństwo swojej najlepszej przyjaciółki, cierpliwa, miła, wesoła, uosobienie dobra.
A z drugiej strony Carter Grand, który nie liczył się z niczym i nikim, powarkiwał na każdego, kto chociaż spróbował się do niego zbliżyć.
- Daleko jeszcze?
- Pytasz się już trzeci raz!
Szli jedno za drugim. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Było ciemno, wilgotno i nieprzyjemnie. Ange jęknęła, gdy strzepywała kolejnego już pająka ze swojego blond warkocza.
Enzo nie był tchórzem. Ale ostatnio nigdzie nie było bezpiecznie. Zaczęło się od tego, że jakaś Maryse z jego szkoły została zamordowana.
Gdzieś w ciemności rozległo się wycie.
Enzo zatrzymał się gwałtownie dając znak pozostałej trójce.
- Co jest Braynor? Strach cię obleciał? - zakpił Carter.
- Cicho.
Stali przez chwilę w zupełnym milczeniu.
- Słuchaj Enzo, jesteś pewny, że...
Teraz cała czwórka to usłyszała. Przeraźliwe wycie z końca korytarza.
Selina pobladła i zacisnęła palce na jego nadgarstku.
- Co to było?!
- Jesteś pewna, że ten kościół jest opuszczony?
- Wolę tego nie sprawdzać!
Zaczęli biec na oślep. W pewnej chwili Enzo poczuł silny ból w nodze. Upadł. Słyszał krzyki, rozpaczliwie nawoływania i wycie.
- Co było po tym?
Enzo westchnął.
- Nie wiem. Zemdlałem. Carter, Selina i Ange wnieśli mnie na górę i zadzwonili po pomoc. Ale to było dziwne. Czułem czyjąś obecność, tam na dole. Tak jakby... Ktoś mnie wołał. Prosił, bym został i mu pomógł.
Do sali ponownie weszła Helen, a widząc Seline wydała z siebie nieprzyjemny pomruk.
- Mówiłam ci dziewczyno, że on ma odpoczywać! Natychmiast mi stąd wyjdź!
- Jeszcze pięć minut psze pani!
Enzo parsknął.
- Grabisz sobie Blackgold. Z Helen nie warto zadzierać.
Irvette podeszła do okna. Był wietrzny, zimny dzień. Ludzie spieszyli się do domów. Nikt nie zwracał uwagi na rzeczy wokół niego. Tylko mały kruk siedział na drzewie. Jego małe czarne oczka patrzyły wprost na nią. W końcu zniecierpliwiony rozłożył skrzydła i odfrunął gdzieś w deszcz.
poniedziałek, 21 września 2015
Rozdział 2
W tej chwili głowę Irvette zaprzątała tylko jedna myśl. Wydostać się z tego lasu i to jak najszybciej. Biegła nie zważając na gałęzie boleśnie ocierające się o jej policzki. Teerle truchtała za nią spokojnie myśląc zapewne, że jej właścicielka właśnie postanowiła pobawić się z nią w berka. Irvette przystanęła na chwilę opierając się o drzewo i próbując wyrównać oddech. Ostatkiem sił doczłapała się do żelaznej bramy i rzuciła ostatnie, zaniepokojone spojrzenie w stronę Lasu Mnichów .
- Długo cię nie było - westchnęła Carla Moon wyciągając z piekarnika ciepły placek jabłkowy. Uśmiechnęła się delikatnie do córki - Biegłaś?
Irvette niepewnie kiwnęła głową. Nie mogła powiedzieć matce, że uciekała przed dziwną wizją, która nawiedziła ją w środku Lasu Mnichów.
- Ja już pójdę. Muszę się jeszcze pouczyć.
Dziewczyna wycofała się z kuchni starając się przybrać w miarę pewny wyraz twarzy.
- Kochanie?
- Tak? - Odwróciła się gwałtownie. Zbyt gwałtownie.
Mama spojrzała na nią zdziwiona.
- Chcesz kawałek placka?
- Ach... Nie, dziękuję.
Irvette wślizgnęła się do swojego pokoju odprowadzona badawczym wzrokiem Carli.
Minęło kilka dni. Życie wróciło do normalnego rytmu, podzielonego na szkołę, obowiązki i częste spotkania z przyjaciółmi. Irvette omijała Las Mnichów szerokim łukiem usilnie próbując zapomnieć o tajemniczej wizji. Na próżno. Medalion w kształcie kruka ciągle pojawiał jej się przed oczami, błyszczał niebezpiecznie, po czym znikał.
Było słoneczne popołudnie. Irvette siedziała w szkolnym bufecie razem z Daphne Medlere i Grace Johson, które od dobrych kilku lat były jej najlepszymi przyjaciółkami. Ostatnio w liceum jedynym i najważniejszym tematem do rozmów był szkolny bal, który miał się odbyć już za dwa tygodnie. Daphne miała właśnie rozpocząć długi monolog o swojej sukience, który każda z dziewczyn słyszała już co najmniej sześć razy, gdy do ich stolika dosiadła się Mab Wannerson. Minę miała niewyraźną, a oczy pełne smutku. W ręce nerwowo ściskała gazetę.
- Co jest Mab? Umarł ktoś czy jak? - spytała niepewnie Grace.
- A żebyś wiedziała.
Wszystkie trzy momentalnie zamarły.
- O czym ty mówisz?
Z gardła dziewczyny wydobyło się coś w rodzaju pisku.
Rzuciła gazetę na stół i schowała twarz w dłoniach.
- Strona czwarta.
Daphne rzuciła się na gazetę i prawie ją rwąc otworzyła na dobrej stronie.
"Mieszkańcy miasteczka Gloverleon w szoku. W Lesie Mnichów znaleziono zwłoki siedemnastoletniej Maryse Jones, która uczęszczała do pobliskiego liceum. Wszystko wskazuje na to, że dziewczyna została zamordowana kilka dni temu, ale dopiero wczoraj pan George Grays na spacerze ze swoim psem znalazł ciało nastolatki. Policja szuka sprawcy tego zdarzenia. Jest to niewątpliwie cios dla mieszkańców Gloverleon, jako, że do tej pory największym przestępstwem dokonanym tu w ostatnich latach była kradzież batonika ze szkolnego bufetu”. Dalej tylko jakieś numery... O Boże, to straszne... Gazeta upadła na podłogę.
- Na następnej lekcji będzie apel. Pewnie powiedzą to nam tak oficjalnie.
- To straszne. Pamiętam, jak spotkałam ją w wakacje w lodziarni.
Irvette nie słuchała dalszej części rozmowy. Jej mózg z przerażeniem przetwarzał nowe informacje.
Kilka dni temu. Las Mnichów. Czy gdy Irvette tam przyszła, Maryse już nie żyła?
Poczuła, że robi jej się niedobrze.
Wdech, wydech.
- Irvette?
- Wszystko w porządku?
- Irvette!
Dziewczyna osunęła się na podłogę, a potem była już tylko ciemność.
wtorek, 23 czerwca 2015
Rozdział 1
14 czerwca, Współczesność
Maryse
oparła się o pień wysokiego drzewa. Oddychanie przychodziło jej z
trudem, serce biło jakby zaraz miało wyskoczyć z wyczerpanego ciała.
Nigdy nie lubiła biegać. Pamiętała, jak jeszcze niecałe dwa dni temu
siedziała schowana za murkiem paląc papierosa i obserwując, jak inne
dziewczyny wylewały z siebie siódme poty pod czujnym okiem trener
Highnore. Nikt nie zauważył, że nie przyszła na lekcje. Dziewczyna
osunęła
się na ziemię i wyjęła z torby paczkę papierosów.
Nasunęła
na uszy słuchawki i puściła muzykę najgłośniej jak się da. Zamknęła
oczy, pozwalając, by ostre dźwięki zagłuszyły krzyki i głosy w jej
głowie.
Postać w kapturze stała za drzewem bacznie obserwując każdy ruch dziewczyny.
Irvette
Moon zapięła guziki czarnego płaszcza pod samą szyję. Buldog średnich
rozmiarów, noszący imię Terlee, z wyraźnym zainteresowaniem śledził
czarnymi ślepiami każdy ruch małego, białego kotka. Dziewczyna
odgarnęła kasztanowe loki z bladej twarzy.
Słońce nie pokazywało się już od dłuższego czasu.
Zawędrowała
aż pod żelazną bramę, która prowadziła do lasu mnichów. Swoją nazwę
zawdzięczał staremu kościołowi, który stał w tamtym miejscu do czasu
tajemniczego pożaru w XVIII wieku. Mnisi mieszkający w świątyni zniknęli
parę dni przed tym, jak budowla zaczęła płonąć. Do dziś nie wiadomo,
czy to oni spowodowali pożar, czy może po prostu przewidzieli
nadchodzącą tragedię.
Irvette
pchnęła bramę i zawołała psa, który zdążył już znacznie się oddalić.
Las nie należał do najprzyjemniejszych, ale w jakiś sposób ją uspokajał.
Szła powoli, starannie stawiając stopy na ziemi. Gdy była młodsza
przychodziła tu często. Zawsze przed wyjściem z domu obiecała mamie, że
nie będzie oddalać się od bramy. Pewnego dnia ciekawość zwyciężyła i
pchnęła małą Irvette dalej. Po paru minutach
wędrówki las przestał być przyjazny i w oczach dziecka zamienił się w
wielką, dziką puszczę. Idąc tą samą drogą wiele lat później Irvette
wciąż czuła dziwne uczucie, jakby wszystko wokół niej było ogromne i
straszne.
Jej głową wstrząsnął gwałtowny ból.
Irvette
upadła na kolana ledwo łapiąc oddech. Trzęsąc się, ostrożnie podniosła
głowę. Las zniknął. Była w opuszczonym kościele. Przy ołtarzu zapaliły
się świece, choć wokół nie było żadnej żywej duszy. Obróciła głowę
czując w dłoni jakiś ciężar. Na bladej ręce połyskiwał czarny medalion w
kształcie kruka. Nim zdążyła przyjrzeć mu się dokładniej, zamigotał, po
czym zniknął jakby go wcześniej nie było. A wraz z
nim kościół. Irvette leżała w lesie. Terlee polizała jej spoconą twarz. W
powietrzu unosiła się słodka woń, od której zbierało jej się na
wymioty. Dziewczyna podniosła się rozglądając się podejrzliwie wokół.
Las nigdy nie wydawał się normalniejszy niż w tamtym momencie.
Źródło: weheartit.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)
