piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział 6


Mężczyzna rozejrzał się ze znudzeniem po ulicy. Nikogo nie było. Ludzie o tej porze zazwyczaj siedzieli w pracy, szkole czy na partyjce brydża w klubie seniora w centrum miasta.

Spojrzał jeszcze raz przez okno. Ciągle tam stali. Mężczyzna zastanawiał się, co takiego ten staruch pokazał dziewczynie, że tak się przestraszyła. 
- Nie to jest teraz ważne - przywołał się do porządku.
Bracia z zakonu mówili mu, żeby nie zostawiał śladów. Nie posłuchał ich, zabił dziewczynę, ale zostawił ciało w lesie. A niejaki George Grays je znalazł i zdecydowanie za dużo widział. Teraz brat musiał naprawić swój błąd. Co prawda w jego planie nie było miejsca na żadną ciekawską małolatę, ale później wytłumaczy się z tego zakonowi. Teraz musiał działać. Na jego ustach pojawił się podły uśmiech.
Podpalenie tego żałosnego sklepu będzie dla niego czystą przyjemnością.

Irvette najpierw poczuła nieprzyjemną woń dymu, a po chwili zobaczyła ogień. Pan Grays wpadł w rozpacz i rozpaczliwie próbował ugasić płonące zabytkowe krzesło. Irvette poczuła narastającą panikę. Chwyciła szkatułkę i wrzuciła ją do torby. Nie mogła zostawić medalionu.
- Panie Grays! Musimy wyjść stąd jak najszybciej!
Zaczęła ciągnąć staruszka za rękaw, ale ten ją odepchnął.
- Ten sklep to całe moje życie! Nie mogę pozwolić, żeby spłonął!
 Zaczął zbierać przypadkowe rzeczy przyciskając je mocno do piersi jak najcenniejsze skarby.
- Nie zostawię tutaj pana! Proszę dać mi rękę.
Gdy staruszek nie zareagował, pociągnęła go mocno za ramię i brutalnie wyciągnęła go ze sklepu.
Upadł na chodnik i zaczął cicho łkać.
- Mój sklep... - wyszeptał i ukrył twarz w dłoniach.
Irvette spojrzała na niego z niepokojem i szybko zadzwoniła na numer straży pożarnej.
- Dzień dobry, tutaj Irvette Moon, chciałabym zgłosić pożar sklepu z antykami na ulicy...  - urwała, gdy poczuła czyjś wzrok na sobie.
Podniosła głowę i zobaczyła wysokiego mężczyznę z krótko ostrzyżonymi włosami, który uśmiechnął się złośliwie i zniknął za rogiem.
- Przy jakiej ulicy? - usłyszała naglący głos w telefonie.
- Westline 23 - wychrypiała wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał mężczyzna.

- Nie wierzę, że to był przypadek - powiedziała Selina kręcąc głową i rzucając gazetę na ławkę.
Irvette westchnęła. Wciąż nie mogła uwierzyć, że gdyby jej tam nie było, pan Grays zostałby w sklepie.
- Ja też nie - wtrąciła Ange poprawiając kucyka. - Myślicie, że ten mężczyzna, którego widziała Irvette, to zabójca Maryse?
- Jestem tego pewna, Ange.
- Może wrócił, żeby się zemścić? - podejrzewał Enzo.
- To pewnie jakiś obłąkaniec, który bardzo lubi odwiedzać lasy i stare, opuszczone kościoły - powiedział Carter.
Do sali wszedł nauczyciel matematyki.
- Witam państwa - rzucił uśmiechając się szeroko. - Proszę zająć miejsca.
Irvette została sama w ławce. Westchnęła.
- Sprawdziłem wasze testy. Muszę przyznać, że niektórzy tym razem się nauczyli - powiedział pan Jones uśmiechając się w stronę rozpromienionej Seliny.
Drzwi otworzyły się i do sali z szerokim uśmiechem wparował Simon Gordin.
Irvette przewróciła oczami. Simon był nowy w szkole, ale zdążyła go poznać, bo był bratem Hortensji Gordin, która była jej psychologiem. W przeciwieństwie do siostry ubierał się w ciemne kolory i miał gęste brązowe włosy. Chyba nigdy nie spotkała tak denerwującego chłopaka, jak Simon.
- Witam - powiedział ogarniając wzrokiem klasę. 
- Dzień dobry. Pan Gordin, jak się nie mylę?
- Tak, to ja. Hej Irvette!
Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni. Jęknęła w duchu.
Simon jak gdyby nigdy nic odsunął krzesło i usiadł obok niej w ławce.
- Niech pan sobie nie przeszkadza - rzucił w stronę nauczyciela.
Pan Jones wrócił do rozdawania sprawdzianów.
- Masz może coś do pisania? - nie czekając na odpowiedź wyciągnął rękę po jej piórnik.
Rękaw kurtki podwinął się lekko ukazując gładką skórę. Dopiero teraz zobaczyła na jego nadgarstku blady rysunek. 
- Miałeś tatuaż? - spytała unosząc brwi.
- Kiedyś - Simon uśmiechnął się szeroko.
- A co on właściwie przedstawiał? – spytała. - Nic już prawie nie widać.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła - parsknął.
Wywróciła oczami.
- No powiedz mi. 
- Proszę o ciszę! Panno Moon! Mam nadzieję, że otworzyła już pani podręcznik na stronie 223? 
Pochyliła się i zaczęła szybko wertować książkę.
- Miałem tu kiedyś kruka - usłyszała szept Simona, który uśmiechnął się,  po czym najzwyczajniej w świecie zaczął robić zadanie. 

wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział 5

6 sierpnia, 1765 rok
Staruszka przetarła kolejny puchar szmatką. Odbijała się w nim jej zmęczona, wyniszczona twarz z popękanymi ustami i dużymi cieniami pod oczami. Dawniej bardzo lubiła ich kolor. Zielone, kojarzyły jej się z trawą porastającą łąki, po których biegała jako dziecko. Jednak te czasy minęły, a kobieta nie lubiła wracać do przeszłości.
Odłożyła puchar na stół, gdy drzwi otworzyły się i do pokoju wmaszerowała pani Gramere. W ręku ściskała arkusz papieru zapisany eleganckim pismem. Wcisnęła go w ręce staruszki z niesmakiem, jakby bała się, że staruszka ma brudne dłonie.
- To jest lista gości na dzisiejszy wieczór – powiedziała. - Masz zadbać, by zostali dobrze powitani. Nie możemy pozwolić sobie na żadne niedopatrzenie, rozumiesz?
Kiwnęła głową.
Pani Gramere wyszła szybko kaczym krokiem z pomieszczenia.
Staruszka usiadła na krześle i uważnie przyjrzała się liście.
Były to nazwiska najbardziej znanych ludzi w mieście, zaczynając od urzędników kończąc na aktorach z pobliskiego teatru. Jedno z nich szczególnie przykuło jej uwagę.
Bendengrove Meredith.
Po raz pierwszy usłyszała o niej kilka dni temu na targu. W mieście pojawiła się już następnego poranka i wzbudziła niemałą sensacje. Ludzie nie przesadzali chwaląc jej urodę. Miała długie kasztanowe loki i twarz jak z porcelany. I oczy, intensywnie niebieskie, przywodzące na myśl jezioro w środku lata, gdy promienie słońca odbijały się od tafli.
Medalion na szyi staruszki zaczął pulsować. Kobieta dotknęła go, ale szybko zabrała rękę. Był gorący, jak jeszcze nigdy wcześniej. Delikatnie musnęła opuszkami palców skrzydła kruka. Nigdy nie sądziła, że nadejdzie ten moment. Przełknęła ślinę. Nie mogła nic już zrobić. Meredith Bendengrove źle zrobiła przyjeżdżając do tego miasta.

Irvette siedziała na kanapie uporczywie wpatrując się w kruka za oknem. Aktualnie nic nie irytowało ją bardziej niż one. Pojawiały się wszędzie, o każdej porze. Sprawiały, że zazwyczaj spokojna Irvette wpadała w furię. 
- Głupie ptaszysko - mruknęła.
Rozsiadła się wygodnie.
Cały czas myślała nad słowami pana Graysa. 
„Ona też go miała. Na nadgarstku”.
Irvette złapała się na tym, że minutami wpatrywała się w swój blady nadgarstek jakby nagle miały się na nim pojawić odpowiedzi na wszystkie jej pytania.
Co to mogło oznaczać? Chodziło o znak? Tatuaż? Dlaczego pan Grays nie powiedział im o tym wcześniej?
Zerwała się z kanapy i chwyciła w ręce płaszcz. Nie mogła zostawić tych pytań bez odpowiedzi. Chwilę później biegła chodnikiem, najszybciej jak potrafiła. W tych godzinach pan Grays był w swoim sklepie. Przyspieszyła czując podekscytowanie. 
Zdyszana dobiegła do drzwi sklepu ze starociami. Gwałtownie je otworzyła i wtoczyła się do środka.
- Spokojnie! Pali się czy coś? - Pan Grays wyszedł z zaplecza poprawiając okulary. - Ach to ty Irvette! Biegłaś? Czekaj, przyniosę ci wody. Możesz się rozejrzeć w tym czasie.
Dziewczyna wymamrotała podziękowania i zaczęła ciekawie rozglądać się po sklepie. Nigdy wcześniej tu nie była, stare rzeczy jej nie interesowały. Teraz chodząc pomiędzy regałami i półkami dostrzegała uroki tego miejsca. Wszystko miało tu specyficzny zapach, który działał na nią kojąco. Co chwila podnosiła jakąś rzecz przyglądając się jej uważnie. Jej wzrok spoczął na bogato zdobionej, lecz zakurzonej szkatułce stojącej na kredensie. Uniosła wieczko. Z zawodem spostrzegła, że szkatułka była pusta.
- Piękna, nieprawdaż? 
Podskoczyła prawie wypuszczając przedmiot z rąk. Pan Grays stał za nią z delikatnym uśmiechem na pomarszczonej twarzy. 
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Twoja woda - powiedział podając jej kubek.
Upiła mały łyczek, nie spuszczając wzroku ze staruszka.
- Wiesz co jest ciekawe w tej szkatułce?
Pokręciła głową.
- Nie jest do końca pusta.
Irvette zmarszczyła brwi.
- Jak to?
Mężczyzna zachichotał.
- Popatrz.
Otworzył ją jeszcze raz i przejechał palcami po kryształkach, które ozdabiały środek. Gdy natrafił na właściwy, delikatnie go nacisnął. Irvette jak zaczarowana patrzyła na rozsuwające się dno, ukazujące to drugie, ukryte. Gdy jednak pochyliła się, by zobaczyć, co tam się znajduje, zamarła. 
- To... To przecież... niemożliwe...
- Piękny, prawda? - spytał pan Grays wyjmując czarny medalion z krukiem.
Dokładnie taki sam, jaki zobaczyła w kościele.
- Trafił tu parę lat temu. Pewna kobieta przyniosła go i wręcz błagała, żebym go wziął. Twierdziła, że jest niebezpieczny. Większych bzdur nie słyszałem! 
Mężczyzna kręcąc głową schował go z powrotem do szkatułki.
- Może dam ci jeszcze wody? Blado wyglądasz.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Rozdział 4

- Z dedykacją dla Ali G.-
Z tego wzgórza widać było całe miasto. Nawet o trzeciej w nocy, gdy wszystko pogrążyło się w ciemności robiło to niesamowite wrażenie. Selina odgoniła ręką natrętnego komara i wygodniej ułożyła się na trawie.
- To co robimy? - ciszę przerwało pytanie zirytowanego Cartera. - Siedzimy tu już godzinę.
- Nikt cię tu nie trzyma - powiedział Enzo ziewając. - Możesz iść.
Carter obrzucił go nienawistnym spojrzeniem.
Selina wywróciła oczami i z ciekawością spojrzała na Irvette, która dopiero niedawno dołączyła do ich paczki. Teraz siedziała na starym pniu drzewa zawzięcie notując coś w zeszycie, który oświetlała latarką w telefonie. Ange ze znudzeniem wpatrywała się w kłócących chłopaków.
- Zachowujecie się jak dzieci - stwierdziła marszcząc brwi.
Oboje parsknęli, rzucając sobie ostatnie zimne spojrzenie.
- Skończyłam - Irvette uśmiechnęła się triumfalnie.
Cała czwórka popatrzyła na nią z mieszaniną ciekawości i zdziwienia.
Dziewczyna usiadła na trawie i zaświeciła latarką na zeszyt. 
- Wszystko sobie rozrysowałam. Maryse umarła w piątek, dwa dni później byliście w kościele, gdzie coś zaatakowało Enza. Maryse została znaleziona w lesie mnichów w ten sam dzień, gdy ja tam byłam i zemdlałam.
- Zobaczyłaś wtedy ten kościół i jakiś medalion w kształcie kruka na swojej dłoni - przypomniała Selina.
- Ten mężczyzna... chwila. Nazywa się George Grays, to on znalazł ciało. Prowadzi sklep ze starociami dwie przecznice od szkoły. Myślę, że powinniśmy od niego zacząć. 
- To na co czekamy? - Selina zerwała się na równe nogi.
- Jest trzecia w nocy, Sel. Zgaduję, że pan Grays śpi sobie teraz smacznie w swoim łóżku.
- Oczywiście musimy tam wrócić - mruknęła Ange nawijając na palec kosmyk blond włosów.
Reszta spojrzała na nią zdziwiona.
- Kościół, las mnichów. Te dwa miejsca są ze sobą powiązane, jestem tego pewna.
- Mimo że nie mam ochoty na ponowne odwiedzenie tej piwnicy, to Ange ma rację - powiedział Enzo. - Jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć, musimy poszukać w odpowiednim miejscu.
- Najpierw odwiedźmy tego gościa, jak mu tam było? Zresztą nieważne. Jutro po południu do niego pójdziemy.
Carter wstał z zimnej ziemi i przeciągnął się.
- Skoro już sobie wszystko ustaliliśmy, pozwólcie, że wrócę do ciepłego łóżka, z którego mnie tak brutalnie wyciągnięto - spojrzał z wyrzutem na Ange, która tylko wzruszyła ramionami z szerokim uśmiechem.
- A teraz - powiedziała Selina - Kto zbiega ze mną z tego wzgórza krzycząc "pizza"?

Irvette wygładziła spódniczkę, żeby wyglądać bardziej porządnie. 
- Gotowa? - spytała Ange.
- Chyba tak.
Westchnęła i głośno zapukała.
Po chwili, która w jej przekonaniu trwała wieczność drzwi otworzyły się i ich oczom ukazał się niski staruszek z drucianymi okularami na nosie.
- Dzień dobry! Nazywam się Irvette Moon, a to jest Angelina Larento. Chciałybyśmy z panem porozmawiać o... wydarzeniach, które ostatnio miały miejsce. Jeżeli pan ma oczywiście czas.
Pan Grays zmarszczył brwi, lecz po chwili na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Wejdźcie dziewczynki, domyślam się, że chcecie dowiedzieć się czegoś o tej zamordowanej nastolatce? Dużo osób przychodzi i o nią wypytuje.
- Wiemy, że musi  być to dla pana męczące - powiedziała ze współczuciem Ange wchodząc do małego przedpokoju.
- Macie ochotę na herbatę? Albo ciastka?
Dziesięć minut później siedziały na kanapie w skromnie urządzonym salonie popijając gorący napój.
- Rano wyszedłem z domu jak każdego innego dnia. Zawsze chodzę na spacer z moim psem do pobliskiego lasu. Nagle Johny zerwał się ze smyczy i pobiegł w jakąś boczną ścieżkę. I wtedy właśnie znalazłem tą biedną dziewczynę.
- Jak ona wyglądała?
- Leżała we krwi, blada. To był naprawdę straszny widok. 
- Co pan wtedy zrobił?
- Zadzwoniłem na policję, oczywiście! Przyjechali, zabrali ciało i zadawali mi setki pytań. Czy kogoś tu widziałem, czy często tu przychodzę, czy znam tę dziewczynę. Powiedziałem im, że  kiedyś przyszła do mojego sklepu. Mam dobrą pamięć do twarzy. Może jeszcze ciasteczek?
Gdy w końcu ubrały płaszcze i były gotowe do wyjścia dochodziła już godzina 15.00.
- Dziękujemy, że zgodził się pan odpowiedzieć na nasze pytania.
Irvette uśmiechnęła się delikatnie.
- Było mi miło dziewczynki. Wpadajcie częściej, przyda się towarzystwo takiemu staremu człowiekowi jak ja.
Ange otworzyła drzwi wpuszczając do mieszkania chłodne powietrze. Irvette zobaczyła ptaka siedzącego na skrzynce na skrzynce przy domu naprzeciwko. Przekrzywiał lekko głowę.
- Kruki. Coraz częściej je tutaj widzę.
Pan Grays kiwnął głową.
- Ona też go miała. Na nadgarstku.
Posłał im ostatni uśmiech i zamknął drzwi.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 3

Z trudem otworzyła oczy i rozejrzała po pokoju. Wszystko tu miało biały kolor - od ścian do etykietek na lekach rozstawionych na stoliczku obok jej łóżka. Jedynym niepasującym elementem była kobieta siedząca na krześle. Miała na sobie różowy garnitur, a na nos wcisnęła okulary w dziwnym kształcie. Włosy niedbale zaplotła w warkocz, a usta pomalowała czerwoną, jaskrawą szminką. Założyła nogę na nogę i z wyraźną irytacją próbowała skrzesić ogień w swojej zapalniczce.
- Przepraszam? - spytała Irvette, a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodała głośniej - Kim pani jest?
Kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po chwili na jej twarzy pojawił się nienaturalnie szeroki uśmiech.
Poderwała się z krzesła i zaczęła energicznie potrząsać jej ręką.
- Hortensja Gordin, do usług! Już z tych nerwów, że się nie obudzisz, chciałam zapalić! A wiesz, jakby któraś z tych pielęgniarek to zobaczyła, to mogłabym się już tu nigdy nie pokazywać!
Kobieta z powrotem usiadła na krześle i głęboko westchnęła.
- A czym się pani zajmuje? - zapytała przyglądając się jej uważnie.
- Żadna pani, tylko Hortensja! Chyba, że wolisz mówić mi Horti? W końcu mam tylko 23 lata! Jestem psychologiem. A właściwie będę. Wiesz, to trochę długa historia...
- A gdzie ja jestem?
- W szpitalu. Zemdlałaś w szkole. Biedactwo! Jak się czujesz?
Hortensja spojrzała na nią z tak autentyczną troską, że Irvette zapałała niezwykłą sympatią do jej osoby.
- Dobrze... Głowa mnie tylko trochę boli.
Kobieta spojrzała na nią smutno i pokiwała głową.
- To musiał być dla ciebie duży szok. Czy to była twoja przyjaciółka?
Maryse. Las mnichów. Artykuł w gazecie. Wspomnienia uderzył w nią z podwójną siłą.
- Nie, ledwo się znałyśmy...
Kolejne kiwnięcie głową.
- Irvette, twoi rodzice poprosili mnie, żebym prowadziła z tobą rozmowę raz w tygodniu, w piątki. Oczywiście, jeżeli się zgodzisz.
- Myślę, że to dobry pomysł. Ostatnio nie czuję się sobą.
Westchnęła i opadła na poduszki.
Hortensja zadała jej jeszcze kilka pytań, po czym wychodząc zderzyła się w drzwiach z tęgą pielęgniarką.
Ta druga z rozdrażnieniem przecisnęła się do sali i podeszła do łóżka stojącego naprzeciwko posłania Irvette. Dopiero teraz zauważyła chłopaka w jej wieku, który z irytacją próbował się wygrzebać spod kołdry.
Wyglądał słabo i mizernie, ale ciemne oczy tryskały energią.
- Panie Braynor! Spokojnie!
Pielęgniarka podeszła do niego i pomogła mu się podnieść.
- Zaraz przyniosę panu leki, a teraz proszę, by przez te dziesięć minut nie zamienił tego miejsca w ruinę jak poprzednio - rzuciła sarkastycznie.
- Obiecuję Helen!
Uśmiechnął się promiennie i oprowadził pielęgniarkę wzrokiem.
- Wcale nie było tak źle - powiedział, a Irvette zdała sobie sprawę, że mówi do niej. - Próbowałem sięgnąć po telefon i jakoś samo się dalej potoczyło.
Wyszczerzył zęby zadowolny.
- Jestem Enzo.
- Irvette - uśmiechnęła się delikatnie - Długo tu jesteś?
- Od tygodnia - jęknął - Mam złamaną nogę i coś tam jeszcze.
Drzwi sali otworzyły się ponownie i do pokoju wbiegła wysoka, ładna dziewczyna z ciemnymi włosami. Rozpoznała ją. Selina Blackgold była bardzo popularna w szkole, chociaż przez większość społeczności była uważana za totalną wariatkę.
- Hej Enzo! - uśmiechnęła się wesoło - O! Irvette! Ty też tutaj?
Selina podeszła do niej i uścisnęła ją mocno.
- A wy co tu robicie? - spytała zaciekawiona Irvette.
- Mały wypadek przy pracy.
- Mały?
- No dalej, opowiedz Enzo!
Podekscytowana Selina przysiadła na brzegu jego łóżka.
Enzo westchnął.
- Dlaczego zawsze ja?

- Będzie po nas.
- Od kiedy ty taki strachliwy, co Enzo?
Ciemnowłosy chłopak przewrócił oczami.
- Twoje plany zawsze kończą się źle Selino.
- Ten jest dopracowany. Nic nam nie będzie. Trochę zaufania.
- Czyżby nasz cudowny Enzunio bał się starego, opuszczonego kościoła? - wtrącił drugi, wysoki chłopak o lekko złośliwym wyrazie twarzy.
- Cicho bądź Grand!
Selina syknęła posyłając im wściekłe spojrzenia i podeszła do blondynki, która z zapałem studiowała mapę.
- I co? Masz coś Ange?
- Jeżeli ta mapa jest prawdziwa, to powinniśmy zejść teraz gdzieś... tam!
Cała czwórka spojrzała na klapę w podłodze. Co jak co, ale nie wyglądała ona zachęcająco.
- Czego się nie robi dla przygody - mruknął Enzo silnym ruchem otwierając przejście do piwnic.
- Pomyśl tylko o tych zdjęciach, które zrobimy. O sensacji na całą szkołę! - powiedziała z entuzjazmem Selina zakładając kosmyk włosów za ucho.
Chłopak spojrzał na nią z niechęcią. Na początku roku chciał jej zaimponować, więc dołączył do jej paczki, której ulubionym zajęciem było pojawianie się tam, gdzie było niebezpiecznie, mroczno i ponuro. Nie było to samo w sobie takie straszne, ale akurat teraz wolałby spać w swoim łóżku.
Po prostu spodobała mu się zła dziewczyna.
Enzo westchnął i zaczął schodzić po schodach świecąc latarką na wszystkie strony.
- Zabierz to ode mnie Braynor! - warknął Carter Grand, zakrywając oczy przed światłem.
Paczka Seliny była bardzo milutka.
Ona, przywódczyni, pewna siebie, odważna, każdy wiedział, że z Seliną Blackgold się nie zadziera.
Angelina Larento, dziewczyna o urodzie anioła, zupełne przeciwieństwo swojej najlepszej przyjaciółki, cierpliwa, miła, wesoła, uosobienie dobra.
A z drugiej strony Carter Grand, który nie liczył się z niczym i nikim, powarkiwał na każdego, kto chociaż spróbował się do niego zbliżyć.
- Daleko jeszcze?
- Pytasz się już trzeci raz!
Szli jedno za drugim. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Było ciemno, wilgotno i nieprzyjemnie. Ange jęknęła, gdy strzepywała kolejnego już pająka ze swojego blond warkocza.
Enzo nie był tchórzem. Ale ostatnio nigdzie nie było bezpiecznie. Zaczęło się od tego, że jakaś Maryse z jego szkoły została zamordowana.
Gdzieś w ciemności rozległo się wycie.
Enzo zatrzymał się gwałtownie dając znak pozostałej trójce.
- Co jest Braynor? Strach cię obleciał? - zakpił Carter.
- Cicho.
Stali przez chwilę w zupełnym milczeniu.
- Słuchaj Enzo, jesteś pewny, że...
Teraz cała czwórka to usłyszała. Przeraźliwe wycie z końca korytarza.
Selina pobladła i zacisnęła palce na jego nadgarstku.
- Co to było?!
- Jesteś pewna, że ten kościół jest opuszczony?
- Wolę tego nie sprawdzać! 
Zaczęli biec na oślep. W pewnej chwili Enzo poczuł silny ból w nodze. Upadł. Słyszał krzyki, rozpaczliwie nawoływania i wycie.
- Co było po tym?
Enzo westchnął.
- Nie wiem. Zemdlałem. Carter, Selina i Ange wnieśli mnie na górę i zadzwonili po pomoc. Ale to było dziwne. Czułem czyjąś obecność, tam na dole. Tak jakby... Ktoś mnie wołał. Prosił, bym został i mu pomógł.
Do sali ponownie weszła Helen, a widząc Seline wydała z siebie nieprzyjemny pomruk.
- Mówiłam ci dziewczyno, że on ma odpoczywać! Natychmiast mi stąd wyjdź!
- Jeszcze pięć minut psze pani!
Enzo parsknął.
- Grabisz sobie Blackgold. Z Helen nie warto zadzierać.
Irvette podeszła do okna. Był wietrzny, zimny dzień. Ludzie spieszyli się do domów. Nikt nie zwracał uwagi na rzeczy wokół niego. Tylko mały kruk siedział na drzewie. Jego małe czarne oczka patrzyły wprost na nią. W końcu zniecierpliwiony rozłożył skrzydła i odfrunął gdzieś w deszcz.




poniedziałek, 21 września 2015

Rozdział 2

W tej chwili głowę Irvette zaprzątała tylko jedna myśl. Wydostać się z tego lasu i to jak najszybciej. Biegła nie zważając na gałęzie boleśnie ocierające się o jej policzki. Teerle truchtała za nią spokojnie myśląc zapewne, że jej właścicielka właśnie postanowiła pobawić się z nią w berka. Irvette przystanęła na chwilę opierając się o drzewo i próbując wyrównać oddech. Ostatkiem sił doczłapała się do żelaznej bramy i rzuciła ostatnie, zaniepokojone spojrzenie w stronę Lasu Mnichów . 

- Długo cię nie było - westchnęła Carla Moon wyciągając z piekarnika ciepły placek jabłkowy. Uśmiechnęła się delikatnie do córki - Biegłaś?
Irvette niepewnie kiwnęła głową. Nie mogła powiedzieć matce, że uciekała przed dziwną wizją, która nawiedziła ją w środku Lasu Mnichów.
- Ja już pójdę. Muszę się jeszcze pouczyć.
Dziewczyna wycofała się z kuchni starając się przybrać w miarę pewny wyraz twarzy.
- Kochanie?
- Tak? - Odwróciła się gwałtownie. Zbyt gwałtownie.
Mama spojrzała na nią zdziwiona.
- Chcesz kawałek placka?
- Ach... Nie, dziękuję.
Irvette wślizgnęła się do swojego pokoju odprowadzona badawczym wzrokiem Carli.

Minęło kilka dni. Życie wróciło do normalnego rytmu, podzielonego na szkołę, obowiązki i częste spotkania z przyjaciółmi. Irvette omijała Las Mnichów szerokim łukiem usilnie próbując zapomnieć o tajemniczej wizji. Na próżno. Medalion w kształcie kruka ciągle pojawiał jej się przed oczami, błyszczał niebezpiecznie, po czym znikał. 
Było słoneczne popołudnie. Irvette siedziała w szkolnym bufecie razem z Daphne Medlere i Grace Johson, które od dobrych kilku lat były jej najlepszymi przyjaciółkami. Ostatnio w liceum jedynym i najważniejszym tematem do rozmów był szkolny bal, który miał się odbyć już za dwa tygodnie. Daphne miała właśnie rozpocząć długi monolog o swojej sukience, który każda z dziewczyn słyszała już co najmniej sześć razy, gdy do ich stolika dosiadła się Mab Wannerson. Minę miała niewyraźną, a oczy pełne smutku. W ręce nerwowo ściskała gazetę.
- Co jest Mab? Umarł ktoś czy jak? - spytała niepewnie Grace.
- A żebyś wiedziała.
Wszystkie trzy momentalnie zamarły.
- O czym ty mówisz?
Z gardła dziewczyny wydobyło się coś w rodzaju pisku.
Rzuciła gazetę na stół i schowała twarz w dłoniach.
- Strona czwarta.
Daphne rzuciła się na gazetę i prawie ją rwąc otworzyła na dobrej stronie. 
"Mieszkańcy miasteczka Gloverleon w szoku. W Lesie Mnichów znaleziono zwłoki siedemnastoletniej Maryse Jones, która uczęszczała do pobliskiego liceum. Wszystko wskazuje na to, że dziewczyna została zamordowana kilka dni temu, ale dopiero wczoraj pan George Grays na spacerze ze swoim psem znalazł ciało nastolatki. Policja szuka sprawcy tego zdarzenia. Jest to niewątpliwie cios dla mieszkańców Gloverleon, jako, że do tej pory największym przestępstwem dokonanym tu w ostatnich latach była kradzież batonika ze szkolnego bufetu”. Dalej tylko jakieś numery... O Boże, to straszne...  Gazeta upadła na podłogę.
- Na następnej lekcji będzie apel. Pewnie powiedzą to nam tak oficjalnie.
- To straszne. Pamiętam, jak spotkałam ją w wakacje w lodziarni.
Irvette nie słuchała dalszej części rozmowy. Jej mózg z przerażeniem przetwarzał nowe informacje.
Kilka dni temu. Las Mnichów. Czy gdy Irvette tam przyszła, Maryse już nie żyła? 
Poczuła, że robi jej się niedobrze.
Wdech, wydech. 
- Irvette?
- Wszystko w porządku?
- Irvette!
Dziewczyna osunęła się na podłogę, a potem była już tylko ciemność.

wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 1

14 czerwca, Współczesność
Maryse oparła się o pień wysokiego drzewa. Oddychanie przychodziło jej z trudem, serce biło jakby zaraz miało wyskoczyć z wyczerpanego ciała. Nigdy nie lubiła biegać. Pamiętała, jak jeszcze niecałe dwa dni temu siedziała schowana za murkiem paląc papierosa i obserwując, jak inne dziewczyny wylewały z siebie siódme poty pod czujnym okiem trener Highnore. Nikt nie zauważył, że nie przyszła na lekcje. Dziewczyna osunęła się na ziemię i wyjęła z torby paczkę papierosów.
Nasunęła na uszy słuchawki i puściła muzykę najgłośniej jak się da. Zamknęła oczy, pozwalając, by ostre dźwięki zagłuszyły krzyki i głosy w jej głowie.
Postać w kapturze stała za drzewem bacznie obserwując każdy ruch dziewczyny.

Irvette Moon zapięła guziki czarnego płaszcza pod samą szyję. Buldog średnich rozmiarów, noszący imię Terlee, z wyraźnym zainteresowaniem śledził czarnymi ślepiami  każdy ruch małego, białego kotka. Dziewczyna odgarnęła kasztanowe loki z bladej twarzy.
Słońce nie pokazywało się już od dłuższego czasu.
Zawędrowała aż pod żelazną bramę, która prowadziła do lasu mnichów. Swoją nazwę zawdzięczał staremu kościołowi, który stał w tamtym miejscu do czasu tajemniczego pożaru w XVIII wieku. Mnisi mieszkający w świątyni zniknęli parę dni przed tym, jak budowla zaczęła płonąć. Do dziś nie wiadomo, czy to oni spowodowali pożar, czy może po prostu przewidzieli nadchodzącą tragedię.
Irvette pchnęła bramę i zawołała psa, który zdążył już znacznie się oddalić. Las nie należał do najprzyjemniejszych, ale w jakiś sposób ją uspokajał. Szła powoli, starannie stawiając stopy na ziemi. Gdy była młodsza przychodziła tu często. Zawsze przed wyjściem z domu obiecała mamie, że nie będzie oddalać się od bramy. Pewnego dnia ciekawość zwyciężyła i pchnęła małą Irvette dalej. Po paru minutach wędrówki las przestał być przyjazny i w oczach dziecka zamienił się w wielką, dziką puszczę. Idąc tą samą drogą wiele lat później Irvette wciąż czuła dziwne uczucie, jakby wszystko wokół niej było ogromne i straszne.
Jej głową wstrząsnął gwałtowny ból.
Irvette upadła na kolana ledwo łapiąc oddech. Trzęsąc się, ostrożnie podniosła głowę. Las zniknął. Była w opuszczonym kościele. Przy ołtarzu zapaliły się świece, choć wokół nie było żadnej żywej duszy. Obróciła głowę czując w dłoni jakiś ciężar. Na bladej ręce połyskiwał czarny medalion w kształcie kruka. Nim zdążyła przyjrzeć mu się dokładniej, zamigotał, po czym zniknął jakby go wcześniej nie było. A wraz z nim kościół. Irvette leżała w lesie. Terlee polizała jej spoconą twarz. W powietrzu unosiła się słodka woń, od której zbierało jej się na wymioty. Dziewczyna podniosła się rozglądając się podejrzliwie wokół. 
Las nigdy nie wydawał się normalniejszy niż w tamtym momencie.



Źródło: weheartit.com

wtorek, 14 kwietnia 2015

Prolog


6 sierpnia, 1765 rok
Meredith Bendengrove otworzyła powoli oczy. Spróbowała się podnieść, ale każdą częścią jej ciała wstrząsnął taki ból, że szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Wszystko wskazywało na to, że znajdowała się w kościele w środku nocy, ale dziewczyna nie wiedziała, jak ani po co się tu znalazła. Jej nadgarstki związane były grubym, ciężkim sznurem. Kasztanowe loki, zwykle upięte wysoko kryształową klamrą, którą dostała kiedyś od swojej matki, spływały po jej ramionach w nieładzie. Dziewczyna zacisnęła zęby i z trudem usiadła. Miała na sobie suknię, którą wczoraj jej służąca odebrała od krawcowej. Piękny zielony jedwab, z którego uszyta została kreacja, był splamiony czymś brunatnym. Meredith z żalem uświadomiła sobie, że suknia nie nadawała się już do założenia. 
Po kościele rozniósł się dźwięk otwieranych wrót. Dziewczyna zamarła. Świece na ołtarzu zapaliły się. Do kościoła wmaszerowało kilkunastu mężczyzn ubranych w brązowe habity. Meredith próbowała w jakiś sposób usunąć się w cień, by pozostać niezauważoną, ale szybko zrozumiała, że mnisi szli wprost w jej stronę.
Jeden z nich, znacznie wyróżniający się posturą, podszedł do niej i szarpnął ją za ramię.
- Wstawaj!
Ból, który rozszedł się po ciele dziewczyny, był tak mocny, że z trudem powstrzymała się od krzyku.
Zirytowany mężczyzna pochylił się i brutalnie podniósł ją na nogi. Meredith starała się przyjąć taką pozycję, by nie wylądować z powrotem na podłodze, próbując nie spuszczać oczu z mnicha.
Ten kiwnął głową. Dwóch innych mężczyzn wyszło na przód. Pochwycili dziewczynę za ramiona i przywiązali ją do jednego z filarów stojących pośrodku kościoła. Strach związał gardło dziewczyny, choć miała ochotę powiedzieć im, że tak na pewno nie postępuje się z damą.
Kolejny mnich wyszedł z szeregu. Niósł coś w ręce. Klęknął przed najsilniejszym mężczyzną, który musiał być czymś w rodzaju szefa. 
- Bracie Aunusie - powiedział z szacunkiem wyciągając ów przedmiot w stronę mnicha.
Brat Aunus przyjął go bez słowa. Meredith wytężyła wzrok próbując zobaczyć, co to jest. Ostrze błysnęło. To był sztylet.
Niespodziewanie głos jej wrócił.
- Kim jesteście? I co ja tu robię? - spytała ze złością próbując wydostać się z więzów.
Brat Aunus zaśmiał się bez cienia wesołości.
- Młodej damie nie wypada zadawać pytań - powiedział podchodząc do niej.
Zdjął kaptur. Miał krótkie kruczoczarne włosy, ciemne oczy i długą bliznę biegnącą od kąta oka aż do podbródka.
Mnich wyciągnął nadgarstek przed siebie. Ze spokojem uniósł sztylet i wbił go w kciuk, z którego od razu trysnęła krew.
Pozostali mnisi zaczęli pomrukiwać słowa jakiejś modlitwy w niezrozumiałym dla dziewczyny języku.
- Podaj rękę - Jego głos był zimny i stanowczy.
Gdy Meredith tego nie zrobiła, brat Aunus sięgnął po jej dłoń. Dziewczyna zacisnęła wargi. Ostrze przebiło jej skórę i z po jej dłoni zaczęła spływać krew. Meredith patrzyła na to, jak czerwona stróżka powoli skapuje na jej suknie. Mnich przycisnął swój kciuk do jej.
- Krew została złączona! - krzyknął.
Pozostali bracia zawtórowali mu pieśnią.
Meredith wyrwała rękę i spojrzała na niego z oburzeniem.
- To niedopuszczalne!
Na twarzy brata Aunusa pojawił się obrzydliwy uśmiech. Mężczyzna splunął na dziewczynę.
- Nie masz żadnego pojęcia o tym świecie - powiedział.
Meredith nie odwróciła spojrzenia. Nie pozwała jej na to urażona duma. Nie błagała o litość. Nie zareagowała, gdy mnich uniósł sztylet. Wzniosła oczy do nieba i zaczęła śpiewać piosenkę, którą niegdyś nauczyła ją matka.
Meredith nie wiedziała, co się stanie, gdy jej służąca odkryje, że zniknęła. Nie obchodziło jej, co się stanie później. Zamknęła oczy i na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Nie krzyczała, gdy brat Aunus przebijał jej serce sztyletem.

***
Księżyc świecił jaśniej tej nocy.
Mimo późnej godziny po ulicach kręciło się mnóstwo ludzi.
Nikt nie zwracał uwagi na słabą staruszkę siedzącą na kamiennych schodach.
Kobieta wiedziała.
Niebezpieczeństwo wisiało nad miastem, a później i może nad całym państwem.
Staruszka ścisnęła medalion.
Zakon rósł w siłę i właśnie stało się coś, czego najsilniejsza magia nie mogła odwrócić.
Będą kolejni.
Ta młoda kobieta była pierwsza, ale nie ostatnia. 
Granica pomiędzy dobrem, a złem została zaburzona.
Ofiara została złożona.

A łowca pragnął już następnej.

Rozdział 8

Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka o włosach jaśniejszych niż blask słońca i oczach, w których kryła się tajemnica. Mieszkała w szklanym mieście pośród kruchych, małych ludzi. Dziewczynka posiadała potężny dar, który stanowił zagrożenie dla szklanego króla i jego słabych poddanych. Codziennie przyglądała się grymasom strachu i bólu na twarzach mieszkańców, gdy odważała się posłać im wątpliwy uśmiech przechodząc ulicami miasta. Jej oczy, piękne i ciemne jak bezgwiezdna noc z każdym
kolejnym dniem stawały się coraz bardziej mokre od płynących łez. W końcu król szklanego miasta postanowił pozbyć się dziewczynki. Wysłał swoich rycerzy, by ją zabili. Jednak szklani wojownicy nie stanowili dużego zagrożenia dla dziewczynki. Wystarczyło, że kichnęła i jedyne, co po nich pozostało, to kupka rozbitego szkła. Dziewczynka na zewnątrz była niezwyciężona, ale w środku toczyła nieustanną wojnę ze samą sobą. W końcu król straciwszy połowę swojej armii zrezygnował z planu zabicia
dziewczynki i zostawił ją w spokoju. W jej sercu pozostał jednak strach, który rósł w siłę z każdym drobnym potknięciem. Dziewczynka odizolowała się od innych. Zaprzyjaźniła się z samotnością, która obiecała, że nigdy jej nie zostawi. I tak serce dziewczynki stawało się coraz bardziej kruche, aż w końcu zamieniło się w szkło. A wiadomo, jak z nim bywa. Czasem rozpada się na kawałki. A Zareen nie była na tyle mocna, żeby utrzymać je w jednym.

Przeskakiwałam po kilka stopni ignorując gadanie Gabriela. Chłopak próbował nadążać za moim szaleńczym biegiem, wygłaszając przy tym głośne uwagi. W końcu zatrzymałam się gwałtownie. Odwróciłam się do Gabriela posyłając mu zirytowane spojrzenie.
- Możesz być przez chwilę cicho? – spytałam, siląc się na spokojny ton.
- Jak będziesz tak biec, to jeszcze się potkniesz, a wtedy będę musiał cię złapać. A z twoim wrogim nastawieniem do mnie to może być dosyć kłopotliwe.
Parsknęłam i pchnęłam drzwi od strychu.
Po tym, jak Gabriel wparował na strych, Sybilla postanowiła przyłączyć go do naszej grupy poszukiwawczej. Gabriel miał znajomości. A według naszej wyroczni mogło nam to znacznie pomóc.
Otworzyłam torbę i wyjęłam z niej zawiniątko. Naszyjnik zalśnił zielonym światłem. Moim oczom znów ukazała się nieznajoma twarz.
- Całkiem ładna ta dziewczyna - powiedział Gabriel.
Posłałam mu kolejne zirytowane spojrzenie.
- Daj rękę - rzuciłam niechętnie.
Położyłam dłoń na medalionie. Gabriel zrobił to samo.
Zanim zielony obłok zabrał dwójkę nastolatków w nieznane nikomu miejsce, zdążyłam zauważyć wysokiego mężczyznę stojącego przy ścianie. Korona ze szkła lśniła na jego łysiejącej głowie.
Źródło: weheartit.com

wtorek, 24 marca 2015

Rozdział 7

Godzinę później stałam przed drzwiami prowadzącymi na strych. Broszka tkwiła bezpiecznie w mojej torbie. Westchnęłam. Sybilla musiała mieć nam coś ważnego do powiedzenia, skoro miałyśmy spotkać się w takim miejscu. Pchnęłam ciężkie drzwi.
- Vic, zaczekaj na mnie!
Odwróciłam się. Eleanora biegła ledwo łapiąc oddech. Miała rozczochrane włosy i lekki uśmiech na twarzy.
- To co, dzisiaj rozwiązujemy tajemnice? - rzuciła beztrosko.
Kiwnęłam głową. Schody wyglądały na bardzo stare i strome. Chwyciłam współlokatorkę za rękę.
- Jeżeli spadniemy z tych schodów, to razem - powiedziałam.
- Wtedy nie będzie miał cię kto odwiedzać w szpitalu.
Krok po kroku wspięłyśmy się na samą górę. Tak jak na strychu być powinno, walały się tu różnego rodzaju graty i rzeczy, których właściciele znaleźli nowe, lepsze zamienniki starych przedmiotów. Sybilla siedziała na podłodze wertując książkę, którą zawszę wszędzie brała ze sobą.
- I oto jesteśmy - mruknęła El, prawie przewracając się o stos pożółkłych map.
- Powiesz nam, o co chodzi? - spytałam z nadzieją na pozytywną odpowiedź.
Sybilla gestem pokazała nam, żebyśmy usiadły.
- Co jakiś czas rada srebrnego księżyca wybiera wyrocznię. Zawsze jest to młoda kobieta, która od najmłodszych lat uczy się, jak sprawować swoje obowiązki w przyszłości. Oczywiście nie może być to byle kto. Dziewczyna nadająca się na wyrocznię musi mieć dar czytania ksiąg sybillińskich no i oczywiście umiejętność wpadania w trans, w trakcie którego nawiązuje kontakt z bogami. Urodziłam się w rodzinie, w której od pokoleń kobiety przepowiadały przyszłość. Moja babka była wyrocznią. Gdy zmarła,
nadeszła kolej na moją starszą siostrę. Zareen była ulubienicą rady, największą dumą naszej rodziny. Gdy okazało się, że ja posiadam takie same umiejętności, jak ona, dużo osób nie mogło w to uwierzyć. Natomiast dzieci brata mojej mamy, Roberta, nie odziedziczyły żadnego daru, co było uważane za największą hańbę.
W każdym razie Zareen była niezwykła. Oprócz typowych umiejętności, które miała wyrocznia, moja siostra posiadała również moc. Gdy byłyśmy młodsze, siedziałyśmy w ogrodzie. W pewnym momencie zobaczyłam pięknego motyla. Pobiegłam za nim aż na pole. Gdy już prawie udało mi się go złapać, usłyszałam za sobą warczenie. Okazało się, że za mną przybiegł tu pies sąsiadów, ogromny doberman. Już miał na mnie skoczyć, ale wtedy moja siostra zjawiła się znikąd i sprawiła, że pies zniknął. Tak po prostu
zamienił się w pył. Gdy sąsiedzi zauważyli brak zwierzaka i rozpoczęli poszukiwania, Zareen poprosiła mnie, żebym nikomu nic nie mówiła. Państwo Vinkley nigdy znaleźli swojego psa.
- Okej - przerwała Eleanora - Ale wciąż nie rozumiem, jaki to ma związek ze szkołą?
- Zareen była uczennicą Akademii. Pewnego dnia zniknęła i nikt nie wiedział, co się z nią stało. Była jak anioł. Zawsze stała obok, w razie potrzeby wyciągała pomocną dłoń. Ale każdy anioł prędzej czy później upadnie. I tak było z nią. Nie kontrolowała swojej mocy. Z każdym dniem coraz bardziej osuwała się cień. Aż w końcu jedyne, co po niej, pozostało to wspomnienia.
- Umarła? - spytałam.
- Nie. To znaczy nie wiem. Od jej zniknięcia minęły trzy lata. Kto wie, co się z nią stało. Pamiętacie napad na Cassidy? Przepowiednia mówiła, że gdy zaatakowana zostanie pierworodna córka władcy księżyca, rozpocznie się wojna pomiędzy bogami. Ojciec Cassidy jest przewodniczącym Rady Srebrnego Księżyca i potocznie tak go nazywamy. Myślę, że wojna w tym przypadku jest metaforą. Coś nadchodzi.
- Co zamierzamy zrobić? - spytała Eleanora.
Sybilla podniosła wzrok znad księgi i westchnęła.
- Jeśli nie chcecie, nie musicie się na to zgodzić. To wasz wybór i nie będę was do niczego zmuszać.
- Robiłam w życiu dużo niebezpiecznych rzeczy. Na czym polega nasz plan?
- Musimy znaleźć moją siostrę. Wydaję mi się, że mam trop, który mógłby nas do niej zaprowadzić. Nie mam pewności, czy żyje, ale pozostaje nam nadzieja. Ma coś, co jako jedyne może nam pomóc powstrzymać nadchodzące zło.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Na progu stanęła dobrze znana mi postać. Gabriel Delavage, mój sąsiad z lekcji matematyki.


Źródło: weheartit.com

wtorek, 3 marca 2015

Rozdział 6

Kilka lat temu, Akademia Mullron.

Po korytarzu rozniósł się odgłos tłuczonego szkła. Nastolatka pochyliła się i zaczęła zbierać kawałki rozbitego okna. Na jej twarzy pojawił się ból, gdy resztki szyby wbiły się w jej dłonie. W końcu zrezygnowana wstała z klęczek i spojrzała na swoje krwawiące ręce.
- Wszystko w porządku?
Zareen spojrzała na dziewczynę stojącą przy ścianie. Miała brązowe włosy zaplecione w długi warkocz oraz szmaragdowe oczy, w których obecnie czaiła się mieszanka strachu i zakłopotania.
- Mogę ci jakoś pomóc? Przynieść może jakieś bandaże, czy coś?
Zareen spojrzała na swoje ręce. Wyglądała tak, jakby właśnie obudziła się z jakiegoś transu.
- Możesz mi dać chusteczkę, jak masz.
Dziewczyna kiwnęła głową i wyjęła z torby paczkę.
- Mam na imię Christina - powiedziała.
- Ja jestem Zareen.
- Wiem - uśmiechnęła się nieśmiało - Każdy w szkole cię zna.
Zareen cisnęła chusteczką do kosza na śmieci.
- Jak zbiłaś to okno? - spytała Christina.
" No wiesz nic specjalnego nie zrobiłam. Szłam sobie spokojnie i nagle to okno rozpadło się na kawałki. To nie pierwszy raz, gdy nic nie robiąc, niszczę wszystko wokół" - pomyślała Zareen, uśmiechając się słabo.
- Zwykły wypadek, nic specjalnego. Wiatr pewnie wiał za mocno, a ja próbowałam otworzyć to okno... nic dziwnego, że wypadło - powiedziała.
Kłamstwo przychodziło jej z wielką łatwością.
Christina kiwnęła głową, pożegnała się i zniknęła za drzwiami jednego z pokoi.
Zareen nadal tam stała, patrzyła na szkło, które musiała sprzątnąć, zanim zajrzy tu któryś z nauczycieli i myślała nad tym, co będzie, gdy dziwna energia, która z każdą minutą w niej rosła, stanie się tak silna, że będzie w stanie kogoś zabić. Dziewczyna miała nadzieję, że coś takiego nie nastąpi.

Upiłam łyk herbaty przyglądając się oburzonej Eleanorze.
- Jak tak można? Zasługuje na dużo wyższą ocenę niż trójka!
Uśmiechnęłam się pod nosem. Widok zirytowanej koleżanki, która machając rękoma przyciągała wzrok innych uczniów, siedzących przy sąsiednich stolikach, był bardzo zabawny.
Eleanora miała już wygłosić kolejną przemowę o niedocenianiu uczniów, gdy do sali wpadła Sybilla. Dziewczyna usiadła przy ich stoliku próbując w tym samym czasie związać włosy.
- Gdzie byłaś? - spytała Eleanora tracąc zainteresowannie swoją oceną.
- Musiałam coś załatwić - mruknęła - mama do mnie dzwoniła.
Sybilla nasypała do miseczki płatków owsianych i chwyciła dzban, by nalać sobie mleka. Zagryzłam wargę, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
- Nie uważam, żeby to było coś ważnego, ale...- Sybilla skrzywiła się z trudem opanowując się, by nie wypluć zawartości swojej miski.
- Co to jest? - mruknęła ze złością.
- Mleko z płatkami. A właściwie z sokiem pomarańczowym. Ciekawe połączenie.
Sybilla posłała mi zirytowane spojrzenie.
- Właściwie to nie jestem głodna - powiedziała odsuwając od siebie miskę.
- Mogę to zjeść za ciebie - zaproponowała dobrodusznie El.
Sybilla wyciągnęła z torby duży kołonotatnik i zaczęła coś szybko notować.
- Co tam piszesz? - spytałam zaciekawiona.
- No właśnie. Może nam w końcu powiesz, o co chodzi z tą całą przepowiednią? - powiedziała Eleaora z pełną buzią - Hej, w sumie te płatki z sokiem nie są wcale takie złe...
- Spotkajmy się za godzinę na strychu. Pokażę wam coś.
Sybilla podniosła się szybko i wybiegła z sali.
- Ona jest dziwna. Bardzo dziwna - rzuciła El.
Nie odpowiedziałam. Mój wzrok przykuła szmaragdowa broszka leżąca na podłodze. Podniosłam ją z ziemi. Była piękna i z pewnością bardzo cenna. Najdziwniejsze w niej było to, że gdy spojrzałam na nią uważnie, nie zobaczyłam swojego odbicia. W broszce odbijała się twarz zupełnie nieznajomej mi dziewczyny.

Źródło: weheartit.com