poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 5


W poniedziałek rano zwlekłam się z łóżka, tak jak w każdy normalny dzień. Przetarłam oczy i przez moment próbowałam przypomnieć sobie, gdzie ja właściwie jestem.
- Dzień dobry!
Eleanora ziewnęła i chwilę później zniknęła ponownie pod kołdrą.
Sybilla przewróciła oczami i tęsknie spojrzała na swoje łóżko. Widać było, że tej nocy nie spała zbyt długo.
- Czas wstawać El - podeszłam do łóżka współlokatorki i brutalnie zabrałam jej kołdrę.
Dziewczyna jęknęła na znak protestu i schowała głowę pod poduszkę.
Sybilla zniknęła w łazience. W tym czasie ja przejrzałam zawartość mojej szkolnej torby upewniając się, że wszystko mam. Nie chciałam pierwszego dnia przyjść nieprzygotowana.
Eleanora usiadła na brzegu łóżka i kopnęła swój kapeć w kształcie królika.
- Myślisz, że z nią wszystko w porządku? - spytałam.
- Ze mną na pewno nie - burknęła El.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
- Na przyszłość wiem, żeby się z tobą nie kontaktować o siódmej rano.
Eleanora parsknęła śmiechem.

- Czy może pani powtórzyć swoje nazwisko?
Posłałam nauczycielce słaby uśmiech.
- Hooves, proszę pani.
Amelia Vanhoover, nauczycielka matematyki oraz postach uczniów w Akademii Mullron patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Z siwego koka nie wystawał ani jeden włosek. Kobieta westchnęła z udawaną rezygnacją i wyjęła z biurka podręcznik.
- Proszę usiąść panno Hooves. I na przyszłość nie marnuj mojej lekcji na głupoty.
Nie sądzę, by fakt, że byłam nowa w klasie i nie wiedziałam, jak mam się zachować, był głupotą. Niepewnie rozejrzałam się po sali. Jedyne wolne miejsce znajdowało się obok niesympatycznie wyglądającej dziewczyny, ubranej we wściekle różowy top. Zagryzłam wargę i ruszyłam na miejsce. Wolałam nie denerwować bardziej nauczycielki, prosząc ją o jakieś inne miejsce.
- Cześć - mruknęłam siadając na miejscu.
Dziewczyna zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem i nie marnując energii na odpowiedź podniosła z ziemi swoją torbę.
- Proszę pani - powiedziała - Czy mogłabym zmienić miejsce? Za bardzo tu wieje, jak na mój gust.
- A widzi pani gdzieś jakieś wolne miejsca? - spytała sarkastycznie matematyczka - Bo ja nie.
- Jeżeli Beth zależy tak bardzo, żeby siedzieć gdzie indziej, to mogę się z nią zamienić. Mnie obojętne jest, gdzie będę poszerzał swoją wiedzę dotyczącą wspaniałej nauki, jaką jest matematyka.
Spojrzałam na chłopaka siedzącego w ostatniej ławce na drugim końcu sali. Biła od niego duża pewność siebie. Nie lubiłam takich osób.
- Byle szybko. I nie chce słyszeć więcej o żadnych zmianach. Jasne?
Szybko zamienili się miejscami. Chłopak miał lekko przydługie brązowe włosy i szmaragdowe oczy. Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Nie znałam Beth, ale siedzenie obok niej do końca roku nie było zbyt korzystną propozycją.
- Jestem Gabriel - powiedział.
- Victoria - mruknęłam.
Reszta lekcji upłynęła w dosyć przyjemnej atmosferze. Nawet gdy matematyczka rzucała krzywe spojrzenia w stronę uczniów. Po zajęciach szybko wybiegłam z sali wpadając na Sybille. Dziewczyna posłała mi rozbawiony uśmiech.
- Gdzie ci się tak spieszy?
- Pewnie ucieka przede mną.
Gabriel stał w drzwiach. Podczas tych 30 minut, które musiałam znieść siedząc obok pana zarozumiałego stwierdziłam, że najlepiej będzie, jeśli będę ignorowała chłopaka.
Chwyciłam Sybille za ramię ciągnąc ją w stronę schodów.
- Do zobaczenia Gabriel - powiedziałam.
Doszłyśmy do sali 123, gdy niespodziewanie moja współlokatorka zatrzymała się. Zmarszczyła nos i chwyciła mnie za rękę, jakby się czegoś bała.
- Ona tam stoi - powiedziała.
Spojrzałam na miejsce, na które patrzyła Sybilla.
- Kto?
- Moja siostra. Ona tam jest. Patrzy na nas.
Niepewnie ścisnęłam dłoń Sybi.
- Tam nikogo nie ma - powiedziałam.
Pociągnęłam dziewczynę w drugą stronę. Sybilla odwróciła się ostatni raz w stronę schodów. Dałabym głowę, że w tamtym momencie usłyszałam cichy śmiech. Chociaż mógł on brzmieć jedynie w jej głowie.
Źródło: We Heart It

wtorek, 2 grudnia 2014

"Prawdziwe poświęcenie"

- Opowiadanie to jest jednoczęściowe i nie ma nic wspólnego z tym co dotąd pojawiało się na blogu-
Las przestawał być przerażający, gdy poznawało się go bliżej. Tak naprawdę było to dosyć urocze miejsce. Przynajmniej tak uważała Śnieżka, która spędziła tu połowę swojego życia. Był środek nocy, a słabe światło księżyca oświetlało drogę, którą  biegła dziewczyna. Czarne włosy powiewały na wietrze, a wczepiona w nie czerwona kokarda delikatnie zsunęła się na czoło właścicielki. Biała peleryna, którą okryta była Śnieżka, nie dawała ciepła, ale dziewczyna czuła się w niej w jakiś sposób bezpieczniej. Niezwykle ciemne oczy obserwowały wszystko z dokładnością. Cisza, która panowała w lesie, była przerażająca. Śnieżka przeskoczyła nad wystającym pniem powalonego drzewa. Była niezwykle zwinną nastolatką. Dotarła do leśnej polany, która obecnie była jej domem.
- Nareszcie jesteś - mruknął ktoś z tyłu.
 Śnieżka popatrzyła ze złośliwym uśmiechem na Gburka, jednego z jej siedmiu kompanów, którzy jako pierwsi pokazali jej, jak przeżyć w lesie. W przeciwieństwie do pozostałej szóstki Gburek potrafił ją tylko krytykować i wprawiać w zły nastrój, więc dziewczyna nie darzyła go dużą sympatią. Na każdym kroku próbowała mu pokazać, że w pewnym stopniu jest od niego silniejsza i sprytniejsza.
- Łowy były bardzo udane - powiedziała - Mam królika i dwie kuropatwy, idealna kolacja.
Gburek nie uśmiechnął się. Skinął jedynie głową.
- W sumie to mogłaś upolować coś więcej. Mam ochotę na duży posiłek.
Śnieżka zagryzła ze złością wargę. Miała ochotę powiedzieć mu, że starała się jak mogła, by tej nocy nie poszedł spać z pustym żołądkiem. Zdarła sobie kolano, a w nadgarstku ciągle czuła nieprzyjemne mrowienie po tym, jak uderzyła nim o drzewo.
Gburek wszedł na polanę, gdzie przy wesoło palącym się ognisku siedzieli jej przyjaciele. Śnieżka przywitała się z nimi radośnie, po czym wyjęła z worka swoje zdobycze. Gdy już wszyscy zaspokoili swój głód, nie licząc wiecznie niezadowolonego Gburka, Śnieżka opowiedziała o swojej wyprawie.
- Naprawdę dobrze ci poszło - powiedział Mędrek - Jesteśmy z ciebie dumni.
- Wcale nie - mruknął Gburek.
Śnieżka ułożyła głowę na wygodnym mchu.
- Dziękuję Męrdku. Teraz będzie chyba lepiej, jeśli pójdziemy spać.
Wszyscy pokiwali zgodnie głowami i po chwili dało się słyszeć chrapanie. Śnieżka nie mogąc zasnąć podniosła się na nogi i westchnęła. Nie było sensu tu leżeć, gdy las czekał na nią.
Dziewczyna zawiązała ulubioną pelerynę i zniknęła pomiędzy drzewami.
Poczuła ulgę, gdy wiatr rozwiał jej niesforne włosy. Śnieżka nie skręciła, tak jak zwykle w stronę leśnej chatki drwala, gdzie zazwyczaj zachodziła, gdy nie mogła zasnąć. Tym razem wybrała nową, nieznaną trasę. Drzewa były coraz gęściej położone, a las nie był już taki przyjazny. Dziewczyna poczuła na skórze nieprzyjemne mrowienie, ale nie zawróciła. Musiała zobaczyć, co znajduje się po tej stronie lasu. Nagle usłyszała za sobą ryk, który zmroził jej krew w żyłach. Zaczęła biec coraz szybciej. Czuła, że coś ją goni. Dziewczyna zaczęła tracić siły. Oddychała ciężko i wolno usunęła się na kolana. Gdy uniosła głowę, ujrzała niedźwiedzia sunącego powoli w jej stronę. Jego czerwone ślepia łypały na nią wściekle. Śnieżka sięgnęła do sakiewki, w której trzymała nóż. Jej dłoń napotkała pustkę. Wtedy przypomniała sobie, że krojąc królika zostawiła broń na jednym z kamieni. Dziewczyna poczuła narastającą panikę. Niedźwiedź zbliżał się do niej, klapiąc zębami. Najwyraźniej był głodny, a Śnieżka miała być jego kolacją. Nastolatka zamknęła oczy, a z jej ust wypłynęły ciche słowa modlitwy.
- Śnieżko, uciekaj!
Dziewczyna poderwała się na równe nogi i ujrzała Gburka biegnącego w jej stronę. Miała ochotę odetchnąć z ulgą, gdy zobaczyła, że krasnolud nie ma żadnej broni. Cofnęła się przerażona do drzewa. Teraz niedźwiedź, który był już gotowy do skoku na Gburka, zabije ich oboje. Bestia swoją silną łapą uderzyła krasnoluda w twarz. Gburek cofnął się, a na jego twarzy pojawiła się krew. Nie zniechęciło go to jednak do walki. Rzucił się na niedźwiedzia i po chwili siedział mu już na grzbiecie. Szarpnął za jego sierść, tak że oszalałe z bólu zwierzę uderzyło w drzewo. Gburek wyciągnął zza pasa nóż, którego Śnieżka wcześniej nie zauważyła. Ostrze wbiło się w grzbiet niedźwiedzia. Gburek zeskoczył, a bestia runęła na ziemię.
- Nic ci nie...

Gburek nie zdążył dokończyć, bo niedźwiedź ostatkiem sił uniósł łapę do góry i przejechał nią po jego plecach.
Krasnolud z wyrazem zaskoczenia w oczach upadł na ziemię. Śnieżka krzyknęła i podbiegła do Gburka. Kałuża krwi z każdą sekundą się powiększała. Dziewczyna oderwała kawałek swojej sukienki i przyłożyła do pleców nielubianego kompana. Materiał szybko nasiąknął szkarłatem. Po policzku dziewczyny zaczęły płynąć łzy.
- Nie płacz Śnieżko - powiedział Gburek. Jego głos był zachrypnięty, widać było, że mówienie sprawia mu trudność -  To i tak musiało kiedyś nastąpić.
- Mogłeś mnie nie ratować! I tak mnie nienawidzisz, więc po co to zrobiłeś?
Na twarzy krasnoluda pojawił się słaby uśmiech.
- Na początku wydawałaś mi się słabym, chorowitym dzieckiem, więc nie widziałem sensu szkolenia cię na łowcę. Jednak pokazałaś, że mimo moich niemiłych uwag potrafisz walczyć o swoje. Jesteś niezwykle utalentowana Śnieżko. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale wstydzę się swojego zachowania. Przez te wszystkie lata traktowałem cię jak wroga. Tak naprawdę jesteś dla mnie jak córka i nie mógłbym pozwolić, by coś ci się stało.
Mężczyzna zaczął kaszleć. Opadał z sił.
- Śnieżko, chcę żebyś zapamiętała mnie dobrze, a nie jako złego człowieka.
- Ale... ty nie umrzesz, nie możesz!
- To już nie ma sensu, mój czas dobiegł końca. Mimo to cieszę się, że mogłem poznać taką osobę jak ty. Przepraszam.
Z jego gardła wydobyło się ostatnie tchnienie, po czym znieruchomiał.
- Wybaczam ci - wyszeptała.
 Tego dnia ptaki nie śpiewały, bo odszedł prawdziwy bohater i przyjaciel.

Wiele lat później.
Anabella z zadowoleniem rozejrzała się po pokoju. Jej dzieci: Paul, Marina, Suzanna, Eric oraz najmłodsza Adele biegały radośnie po kuchni, czekając na babcię.
- Mamo?
Kobieta odwróciła się i spojrzała z miłością na malutką Vicky, która nie brała udziału w zabawie rodzeństwa.
- Tak?
- A co dzisiaj jest za święto?
Anabella roześmiała się i wzięła córkę w ramiona.
- Niedługo się dowiesz.
Kobieta spojrzała przez okno, gdzie za domem jej mąż Stefan i brat Valerian przykrywali płachtą skończone dzieło. Była ciekawa miny swojej mamy, gdy zobaczy, co dla niej przygotowali.
- Mamo, mamo! Babcia już jest!
Anabella podbiegła do drzwi i z radością spojrzała na staruszkę stojącą w progu. Siwe włosy opadały na ramiona kobiety, a czerwona kokarda, z którą Śnieżka nie rozstawała się nigdy, była starannie umocowana na głowie.
- Babciu! - krzyknęły radośnie dzieci.
Każde po kolei przytuliło staruszkę.
Kobieta usiadła na bujanym krześle.
- Pozwólcie, że opowiem wam historię. Wiele lat temu pewien bardzo dzielny krasnolud poświęcił życie, by mnie uratować...
Dzieci słuchały jak zaczarowane. Po obiedzie, na który składała się ulubiona zupa Gburka i pieczywo, rodzina wyszła na plac przy domu. Tam Stefan i Valerian zdjęli płótno, którym okryty był pomnik. Przedstawiał on Gburka, prawdziwego przyjaciela. Po twarzy Śnieżki spłynęła jedna, pojedyncza łza wzruszenia.
 Źródło:zszywka.pl

wtorek, 25 listopada 2014

Rozdział 4

10 lat wcześniej
Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Robert Delvore spokojnie upił łyk kawy. W sobotnie poranki nic nie mogło go wytrącić z równowagi. Nawet jego młodsza siostra, która wparowała do pokoju ze złością wymalowaną na twarzy.
- Witaj, Katherine - powiedział chłodnym głosem.
Kobieta zignorowała jego przywitanie i z całej siły uderzyła pięścią w blat stołu.
- Miarka się przebrała! To, co zrobiłeś, jest niedopuszczalne!
Robert zdziwiony spojrzał na siostrę.
- Możesz mi wytłumaczyć, co takiego uczyniłem, że mówisz o mnie tak niekulturalne rzeczy?
- Nie udawaj głupiego!
Katherine przysiadła na jednym z krzeseł i spojrzała niego z irytacją.
- Mama mi wszystko powiedziała. Zasugerowałeś radzie, że źle szkolę swoją córkę do przejęcia roli wyroczni! Nie wiem, jak mogłeś tak pomyśleć. Zareen jest pod najlepszą opieką i zapewniam cię, że w przyszłości będzie idealnie sprawować swoje obowiązki.
Robert zaśmiał się bez cienia wesołości.
Jego siostra popatrzyła na niego uważnie.
- Jesteś zazdrosny - powiedziała - o to, że to moje córki odziedziczyły dar czytania ksiąg sybillińskich, a nie twoje dzieci.
- Riley i Max z pewnością byliby lepszymi uczniami niż Zareen i Sybilla.
Katherine prychnęła.
- Nie będę dłużej słuchać tych bredni.
Kobieta poderwała się z krzesła. Chwilę później stała już przy drzwiach.
- Rób, jak chcesz. Wiesz, czym to się skończy.
- Zaryzykuję - powiedziała Katherine.
- Życiem swoich córek?
- Wiesz, że przepowiednia się nie spełni. Nie ma prawa - głos Katherine przybrał barwę nerwowego pisku.
- Bez mojej pomocy jest to mało prawdopodobne. Ale skoro ty mnie nie potrzebujesz... Będziesz musiała poszukać innego czarownika.
Biały wazon rozbił się na ścianie. Katherine wybiegła z pokoju.

Na sali zapanował chaos. Słowa Sybilli wywołały na uczniach duże wrażenie. Fakt, że z napadem na Cassidy wiązała się jakaś "czarna magia", jak określiła to Eleanora, sprawił, że poczułam dreszcze na całym ciele. Sama Sybilla stała cały czas w drzwiach. Nasze spojrzenia przez ułamek sekundy się spotkały. Zdążyłam posłać jej lekki uśmiech, mimo że sama byłam przerażona.
Dyrektor odchrząknął.
- To musi być jakieś nieporozumienie.
Sybilla przeszła przez salę i stanęła obok pana Herra. Delikatnie wyjęła mu mikrofon z ręki.
- Sytuacja, która miała miejsce, jest dokładnie opisana w Księdze. Co prawda dużo tu metafor i archaizmów, ale jakoś dałam radę. Rzecz w tym, że przepowiednia nie kończy się w tym miejscu. Ma jeszcze dalszy ciąg, który zapowiada jakieś nieszczęście.
Odniosłam wrażenie, że moja współlokatorka nie mówi nam wszystkiego. Jej głos był niezwykle opanowany, ale oczy zdradzały więcej. Część prawdy zachowała dla siebie.


 Źródło: wallpaper-kid.com

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział 3

Nasza wycieczka po szkole zakończyła się szybko. Zdążyłyśmy jedynie dojść do głównego korytarza, gdzie stała już dosyć duża grupa uczniów. Wszyscy mieli miny, jakby dopiero co obejrzeli jakiś bardzo przerażający horror.
- Hej - mruknęła Eleanora - Co to za tłok? Stało się coś, czy jak?
- A żebyś wiedziała.
Odwróciłam się gwałtownie. Za mną stała dziewczyna o krótko obciętych włosach i orzechowych oczach, które nerwowo zerkały na ekran telefonu w jej ręce.
- Najpierw był krzyk. Wszyscy wybiegli ze swoich pokojów łącznie ze mną. Pani Maxwell biegała po korytarzu. Na początku myślałam, że to ona krzyczała, ale później się okazało, że to była Cassidy.
- Czemu krzyczała? I gdzie ona teraz jest? -  spytała się Eleanora.
- Jest w pokoju. Nie wiem co się stało, ale słyszałam jak dyrektor dzwonił po pogotowie.
- Gdzie jest jej pokój? - spytałam.
- To ten pierwszy z prawej - powiedziała dziewczyna - A tak w ogóle to jestem Anna.
- Victoria, miło mi Cię poznać. Myślisz, że uda nam się zobaczyć, co tam się dzieje?
- Wątpię. Herr nie wpuszcza tam nikogo. Drzwi są zamknięte, żeby inny uczniowie nie patrzyli na to, co tam się stało.
- Ale chyba nie wydarzyło się nic poważnego?
- Cassidy krzyczy, gdy zobaczy pająka lub jakiegoś innego insekta. Pewnie jak uciekała przed tym przerażającym stworzeniem, to uderzyła się w głowę i dlatego wezwali pogotowie - Eleanora zirytowana, że nasza wycieczka nie może trwać dalej, oparła się o ścianę.
W tym samym momencie drzwi pokoju Cassidy otworzyły się. Pan Herr i i jeszcze jeden mężczyzna wyszli z pokoju. Za nimi wywlokła się dziewczyna, którą wcześniej widziałam w holu. Trudno jej było nie zauważyć, ponieważ jej włosy były ufarbowane na czerwono. Dziewczyna płakała.
- Panie Herr, wszystko będzie dobrze, prawda?
- Oczywiście Maddie. Pogotowie zaraz tu będzie. Spokojna głowa, Cassidy nic się nie stanie.
Głos dyrektora był spokojny, jednak dostrzegłam w jego oczach strach. Sytuacja była chyba poważniejsza, niż myślałyśmy.
- Panie dyrektorze, zechce pan wytłumaczyć nam, co się stało? - spytał jeden z uczniów, wysoki chłopak o azjatyckich rysach.
- Nie teraz Alfredzie. Wszystko w swoim czasie.
To samo pan Herr powiedział mi, gdy spytałam się go o stypendium. Chyba nie lubił udzielać odpowiedzi uczniom.
Na schodach pojawili się sanitariusze.
- Gdzie jest poszkodowana?

10 minut później
Pan Herr kazał wszystkim zjawić się w auli. Zanim poszłyśmy, zdążyłyśmy zobaczyć jeszcze, jak Cassidy zostaje wywieziona na noszach z pokoju. Na czole miała dosyć dużą ranę, z której nadal leciała krew. Może rzeczywiście panikując niechcący uderzyła w coś głową?
Jednak ta teoria rozleciała się w pył zaraz po tym, jak wszyscy uczniowie zajęli miejsca w auli, a dyrektor stanął na scenie.
- Moi drodzy - zaczął - mam dla was złą wiadomość. Wasza koleżanka Cassidy została napadnięta przez nieznanego sprawcę. Zanim straciła przytomność, powiedziała, że osoba ta miała nóż i groziła jej, że ją zabije. Jak wszyscy wiemy, Cassidy ma trochę wybujałą wyobraźnię, jednak prosiłbym was, żebyście uważali na siebie, dopóki ta sprawa nie zostanie wyjaśniona. Dziękuję.
Zanim dyrektor zdążył zejść ze sceny, z krzesła podniósł się jeden z uczniów.
- Ja widziałem jakiegoś podejrzanego gościa. Pomyślałem, że to czyjś ojciec albo brat, więc nic nie mówiłem.
- Gdybyś mógł podejść do mojego gabinetu i opowiedzieć wszystko po kolei, byłbym wdzięczny. A teraz...
- Nie!
Wszystkie głowy odwróciły się w stronę wejścia. Stała tam Sybilla, cała zmachana.
- To wszystko było zapowiedziane!
- Co? - zapytała jedna z nauczycielek siedząca najbliżej drzwi.
Sybilla pokazała księgę.
- Na początku nie wiedziałam, co to znaczy. Ale teraz, po tym wypadku, w końcu mnie olśniło. To wydarzenie jest częścią przepowiedni. Długo myślałam nad przetłumaczeniem tego fragmentu, ale w końcu mi się to udało. I niestety, nie wróży ono dobrze.


Źródło: lovethispic.com

wtorek, 4 listopada 2014

Rozdział 2

SYBILLA
- Kiedy w końcu przestaniesz zajmować się tą księgą?
Sybilla podniosła wzrok i spojrzała w zielone oczy Eleanory.
- Prawdopodobnie wtedy, gdy zrozumiem choć część tych przepowiedni.
Eleanora przewróciła oczami i zrezygnowana rzuciła się na łóżko.
 Nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie ta nowa. Mam nadzieję, że będzie bardziej towarzyska niż ty.
Sybilla uporczywie wpatrywała się w słowa na pożółkłym papierze. Nigdy nie miała problemu z językiem greckim. Jednak zrozumienie tekstu z księgi sybilińskiej było dla niej dużym wyzywaniem. Od dwóch miesięcy próbowała sensownie przetłumaczyć jedną z licznych przepowiedni. Jednak bez skutku. Dziewczyna spojrzała w swoje notatki i delikatnie przygryzła końcówkę pióra.
- Ruszaj się!
Niebieska poduszka poszybowała w jej stronę. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, jasiek wytrącił z jej z ręki pióro, które spadło wprost na 97 stronę księgi. Atrament powoli zaczął wsiąkać w papier.
Sybilla zerwała się na równe nogi.
- Popatrz, co narobiłaś! Muszę szybko się tego pozbyć, bo inaczej nie będę miała żadnych szans na opracowanie tej przepowiedni!
Sybilla szybko podeszła do drzwi trzymając w rękach otwartą księgę.
- Daj spokój Sybi. To tylko książka. Znajdziesz sobie inną - mruknęła Eleanora.
- To oryginalna księga, która ma tysiące lat! Mama mi nie wybaczy, jeżeli ją zniszczę.
Sybilla położyła dłoń na klamce.
- Mam nadzieję, że da się to jeszcze jakoś naprawić.
- Hej. Zaczekaj - powiedziała Eleanora.
Zirytowana Sybilla odwróciła się.
- Czego ty jeszcze...
Dziewczyna w porę zdążyła się pochylić. Jasiek przeleciał nad jej głową. W tym samym momencie drzwi się otworzyły. Może gdyby wysoka blondynka z walizką postanowiła wejść do pokoju sekundę później, nie dostałaby poduszką w twarz.

Stałam zdziwiona w progu pokoju. Nie spodziewałam się, że zostanę przywitana w taki sposób. Pochyliłam się i podniosłam poduszkę z podłogi.
- Przepraszam. Zamierzałam trafić w Sybi.
Mój wzrok spoczął na roześmianej szatynce siedzącej na jednym z trzech łóżek. Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.
- Mam na imię Eleanora. A ta dziwna dziewczyna przy komodzie to Sybilla. Ma obsesje na punkcie księgi z przepowiedniami. Właśnie pobrudziła ją atramentem.
- Ja? - parsknęła dziewczyna - Ciekawa teoria El.
Sybilla była brunetką o intensywnie niebieskich oczach. Było w niej coś niepokojącego, ale nie umiałam stwierdzić co. W rękach trzymała książkę, która z pewnością była bardzo stara.
- Jestem Victoria.
- Miło mi Cię poznać. Muszę niestety uratować moją księgę zanim będzie za późno. Do zobaczenia.
Sybilla wybiegła z pokoju.
- Nareszcie jesteś z nami. Nawet nie wiesz, jak mi było ciężko przez te dwa miesiące z tą nudziarą. Mam nadzieję, że lubisz szaleć tak, jak ja - Eleanora mrugnęła i chwyciła mnie za rękę. - Chodź ze mną. Pokażę Ci szkołę. Jest duża szansa, że nie zgubimy się w tym labiryncie korytarzy.
















Źródło: www.landscapehdwalls.com

wtorek, 21 października 2014

Rozdział 1

Zacisnęłam palce na rączce walizki. Nie byłam nieśmiała, ale w otoczeniu tylu dziwnie ubranych nastolatków czułam się jak ryba wyjęta z wody. Takie są zalety rozpoczynania nauki w nowej szkole w listopadzie, gdy wszyscy inni się już znają. Drzwi od sekretariatu otworzyły się i wyjrzała zza nich pani Bloss, którą zdążyłam poznać na spotkaniu organizacyjnym przed moim przyjazdem do szkoły.
- Pan dyrektor już na Ciebie czeka - powiedziała uśmiechając się do mnie łagodnie.
Sekretarka zaprowadziła mnie do gabinetu Pana Herra, który znajdował się na samym końcu korytarza.
Pani Bloss nawet nie zawracała sobie głowy pukaniem. Po prostu z szerokim uśmiechem na twarzy wparowała do pokoju. Najwidoczniej nie przejmowała się tym, że w każdej chwili może zostać zwolniona z pracy. 
- A pukać to pani nie umie? 
Wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej. W moim umyśle uchodził za niskiego mężczyznę w średnim wieku, z wąsami i lekką nadwagą. W rzeczywistości był dosyć młody, wysoki i nosił okulary. Dyrektor Akademii Mullron, który w czasie moich rozmyślań zdążył powiedzieć pani Bloss kilka karcących słów, spojrzał na mnie i  lekko się uśmiechnął.
- A to pewnie nasza spóźniona uczennica, panna Victoria Hooves. Bardzo mi miło, że zawitała pani w progi naszej skromnej szkoły. Nazywam się Jerry Herr i jestem tutaj dyrektorem.
- Mnie też jest miło - powiedziałam - Bardzo się cieszę, że mam możliwość uczenia się tutaj. Chociaż nadal nie rozumiem, jak udało mi się zdobyć stypendium. Przecież...
- Wszystko w swoim czasie, panno Hooves - przerwał mi dyrektor - teraz  pora na to, by zakwaterowała się pani w swoim pokoju i poznała dziewczęta, z którymi będzie miała pani przyjemność spędzić następne miesiące. Panno Bloss, czy mogłaby pani zaprowadzić nową uczennicę do pokoju?
- Oczywiście panie dyrektorze - zgodziła się sekretarka. Jej głos był przesycony słodyczą i sarkazmem. Widać było, że Ci dwoje szczerze się nienawidzili. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. 
Pani Bloss wyprowadziła mnie z gabinetu i szybkim krokiem ruszyła przez korytarz.
- Gdybyś chciała wiedzieć, kochanie jesteś w pokoju z Eleanorą Jones i Sybillą Markus. To naprawdę dwie bardzo dobre dziewczyny. Polubisz je. 
- Mam  taką nadzieję - rzuciłam lekko.
Podążyłam za panią Bloss schodami na trzecie piętro. Tam sekretarka zatrzymała się przed drzwiami, na których przyczepiona była tabliczka z numerem 504.
-To twój pokój. Miłego pobytu w Mullron. Do zobaczenia.
Kobieta mrugnęła do mnie i odeszła w głąb korytarza, rytmicznie uderzając butami na obcasie o podłogę.
- Do widzenia i dziękuje! - krzyknęłam za nią.
Spojrzałam na drzwi i delikatnie zapukałam. Zero odpowiedzi. Nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły, a ja otworzyłam je na oścież. Pierwsze, co usłyszałam, to śmiech. Później ktoś krzyknął "uważaj!", a ja z całej siły dostałam poduszką w twarz.




wtorek, 7 października 2014

Prolog

Akademia Mullron była jedną z najbardziej elitarnych szkół na świecie. Żeby się tam dostać - albo trzeba było być geniuszem i celująco zdać egzaminy wstępne (o poziomie ich trudności lepiej nie mówić) albo mieć bogatych rodziców, którzy opłacaliby tę drogą edukację. Warto zauważyć, że moje oceny w szkole były jedynie "dobre" lub "wystarczające",  a rodzice nie zgodziliby się na comiesięczne wpłacanie niebywałych sum pieniędzy na konto bankowe Mullron. Więc o uczeniu się tam mogłam jedynie pomarzyć. Nic dziwnego, że nie spodziewałam się znaleźć w skrzynce tego, co tam znalazłam.

Miesiąc temu:
- Jestem gruba. Tak strasznie, strasznie gruba - jęknęła Ruby.
Spojrzałam na nią z irytacją. Każdego popołudnia, gdy wracałam z nią ze szkoły, musiałam słuchać historii o niej oraz jej wymyślonych problemach. Ulubionym zajęciem Ruby było narzekanie i uprzykrzanie mi życia. Co zresztą bardzo dobrze jej wychodziło.
- Nie jesteś - westchnęłam - Tylko Ci się tak wydaje.
- Tobie to łatwo mówić - chlipnęła - Jesteś chuda i ładna. 
Wywróciłam oczami.
- Ruby...
Jak zwykle odprowadziłam ją pod jej dom. Mój znajdował się dokładnie naprzeciwko.
- No do to jutra - powiedziałam, siląc się na miły ton.
Ruby kiwnęła głową na pożegnanie i szybko wbiegła do domu.
Ja natomiast podążyłam w stronę skrzynki, którą opróżniałam każdego dnia po szkole. Nie spodziewałam się znaleźć w niej niczego szczególnego. Zazwyczaj wyciągałam stamtąd ulotki i zaproszenia na bezpłatne badania słuchu, które rada miasta wysyłała do wszystkich mieszkańców co najmniej raz na tydzień. Włożyłam rękę do skrzynki. Oprócz tego, co zwykle przychodzi do domu, znalazła się tam również koperta wykonana z dużo ładniejszego papieru, starannie zapieczętowana i co najdziwniejsze - z moim nazwiskiem wypisanym na przodzie. Prawdziwe zdziwienie nastąpiło dopiero wtedy, gdy zobaczyłam, kto jest nadawcą listu. Na kopercie czarno na białym widniało logo najbardziej ekskluzywnej szkoły, w której znaleźć się mogli tylko wybrani. Torba wyślizgnęła mi się z ręki. To nie mogła być prawda. Rozerwałam kopertę i wyjęłam z niej list. Szybko przebiegłam wzrokiem po tekście. Mój pełen radości krzyk słyszała na pewno cała ulica.
                                                               
Zgłoszenie do Akademii wysłałam na początku wakacji. Mimo że wiedziałam, że się nie dostanę, promyk nadziei uparcie siedział w moim sercu. Zgasł natychmiast po tym, jak czas rekrutacji  minął, a przyjęte osoby dawno dostały listy od Mullron. Pogodziłam się z tym, że tak jak tysiące innych dzieciaków się nie dostałam. Więc gdy przyszedł list z Akademii nie tylko się zdziwiłam, ale też oszalałam z radości. Nie wiem czemu trafił do mnie tak późno. Nie wiem czemu akurat ja, zwyczajna nastolatka z małego miasteczka, dostałam stypendium, które umożliwia naukę w Mullron za darmo. Od jutra będę uczennicą najlepszej szkoły na świecie i tylko to się liczy.

wtorek, 16 września 2014

Cześć :)

Mam na imię Julia, a to jest mój blog. Założyłam go z myślą o rozwijaniu jednej z moich największych pasji, jaką jest pisanie. Chciałabym tutaj umieszczać fragmenty pewnej historii, która niedawno powstała w mojej głowie. W sumie nie będę się bardziej rozpisywać :) Do zobaczenia :)