poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 5


W poniedziałek rano zwlekłam się z łóżka, tak jak w każdy normalny dzień. Przetarłam oczy i przez moment próbowałam przypomnieć sobie, gdzie ja właściwie jestem.
- Dzień dobry!
Eleanora ziewnęła i chwilę później zniknęła ponownie pod kołdrą.
Sybilla przewróciła oczami i tęsknie spojrzała na swoje łóżko. Widać było, że tej nocy nie spała zbyt długo.
- Czas wstawać El - podeszłam do łóżka współlokatorki i brutalnie zabrałam jej kołdrę.
Dziewczyna jęknęła na znak protestu i schowała głowę pod poduszkę.
Sybilla zniknęła w łazience. W tym czasie ja przejrzałam zawartość mojej szkolnej torby upewniając się, że wszystko mam. Nie chciałam pierwszego dnia przyjść nieprzygotowana.
Eleanora usiadła na brzegu łóżka i kopnęła swój kapeć w kształcie królika.
- Myślisz, że z nią wszystko w porządku? - spytałam.
- Ze mną na pewno nie - burknęła El.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
- Na przyszłość wiem, żeby się z tobą nie kontaktować o siódmej rano.
Eleanora parsknęła śmiechem.

- Czy może pani powtórzyć swoje nazwisko?
Posłałam nauczycielce słaby uśmiech.
- Hooves, proszę pani.
Amelia Vanhoover, nauczycielka matematyki oraz postach uczniów w Akademii Mullron patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Z siwego koka nie wystawał ani jeden włosek. Kobieta westchnęła z udawaną rezygnacją i wyjęła z biurka podręcznik.
- Proszę usiąść panno Hooves. I na przyszłość nie marnuj mojej lekcji na głupoty.
Nie sądzę, by fakt, że byłam nowa w klasie i nie wiedziałam, jak mam się zachować, był głupotą. Niepewnie rozejrzałam się po sali. Jedyne wolne miejsce znajdowało się obok niesympatycznie wyglądającej dziewczyny, ubranej we wściekle różowy top. Zagryzłam wargę i ruszyłam na miejsce. Wolałam nie denerwować bardziej nauczycielki, prosząc ją o jakieś inne miejsce.
- Cześć - mruknęłam siadając na miejscu.
Dziewczyna zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem i nie marnując energii na odpowiedź podniosła z ziemi swoją torbę.
- Proszę pani - powiedziała - Czy mogłabym zmienić miejsce? Za bardzo tu wieje, jak na mój gust.
- A widzi pani gdzieś jakieś wolne miejsca? - spytała sarkastycznie matematyczka - Bo ja nie.
- Jeżeli Beth zależy tak bardzo, żeby siedzieć gdzie indziej, to mogę się z nią zamienić. Mnie obojętne jest, gdzie będę poszerzał swoją wiedzę dotyczącą wspaniałej nauki, jaką jest matematyka.
Spojrzałam na chłopaka siedzącego w ostatniej ławce na drugim końcu sali. Biła od niego duża pewność siebie. Nie lubiłam takich osób.
- Byle szybko. I nie chce słyszeć więcej o żadnych zmianach. Jasne?
Szybko zamienili się miejscami. Chłopak miał lekko przydługie brązowe włosy i szmaragdowe oczy. Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Nie znałam Beth, ale siedzenie obok niej do końca roku nie było zbyt korzystną propozycją.
- Jestem Gabriel - powiedział.
- Victoria - mruknęłam.
Reszta lekcji upłynęła w dosyć przyjemnej atmosferze. Nawet gdy matematyczka rzucała krzywe spojrzenia w stronę uczniów. Po zajęciach szybko wybiegłam z sali wpadając na Sybille. Dziewczyna posłała mi rozbawiony uśmiech.
- Gdzie ci się tak spieszy?
- Pewnie ucieka przede mną.
Gabriel stał w drzwiach. Podczas tych 30 minut, które musiałam znieść siedząc obok pana zarozumiałego stwierdziłam, że najlepiej będzie, jeśli będę ignorowała chłopaka.
Chwyciłam Sybille za ramię ciągnąc ją w stronę schodów.
- Do zobaczenia Gabriel - powiedziałam.
Doszłyśmy do sali 123, gdy niespodziewanie moja współlokatorka zatrzymała się. Zmarszczyła nos i chwyciła mnie za rękę, jakby się czegoś bała.
- Ona tam stoi - powiedziała.
Spojrzałam na miejsce, na które patrzyła Sybilla.
- Kto?
- Moja siostra. Ona tam jest. Patrzy na nas.
Niepewnie ścisnęłam dłoń Sybi.
- Tam nikogo nie ma - powiedziałam.
Pociągnęłam dziewczynę w drugą stronę. Sybilla odwróciła się ostatni raz w stronę schodów. Dałabym głowę, że w tamtym momencie usłyszałam cichy śmiech. Chociaż mógł on brzmieć jedynie w jej głowie.
Źródło: We Heart It

wtorek, 2 grudnia 2014

"Prawdziwe poświęcenie"

- Opowiadanie to jest jednoczęściowe i nie ma nic wspólnego z tym co dotąd pojawiało się na blogu-
Las przestawał być przerażający, gdy poznawało się go bliżej. Tak naprawdę było to dosyć urocze miejsce. Przynajmniej tak uważała Śnieżka, która spędziła tu połowę swojego życia. Był środek nocy, a słabe światło księżyca oświetlało drogę, którą  biegła dziewczyna. Czarne włosy powiewały na wietrze, a wczepiona w nie czerwona kokarda delikatnie zsunęła się na czoło właścicielki. Biała peleryna, którą okryta była Śnieżka, nie dawała ciepła, ale dziewczyna czuła się w niej w jakiś sposób bezpieczniej. Niezwykle ciemne oczy obserwowały wszystko z dokładnością. Cisza, która panowała w lesie, była przerażająca. Śnieżka przeskoczyła nad wystającym pniem powalonego drzewa. Była niezwykle zwinną nastolatką. Dotarła do leśnej polany, która obecnie była jej domem.
- Nareszcie jesteś - mruknął ktoś z tyłu.
 Śnieżka popatrzyła ze złośliwym uśmiechem na Gburka, jednego z jej siedmiu kompanów, którzy jako pierwsi pokazali jej, jak przeżyć w lesie. W przeciwieństwie do pozostałej szóstki Gburek potrafił ją tylko krytykować i wprawiać w zły nastrój, więc dziewczyna nie darzyła go dużą sympatią. Na każdym kroku próbowała mu pokazać, że w pewnym stopniu jest od niego silniejsza i sprytniejsza.
- Łowy były bardzo udane - powiedziała - Mam królika i dwie kuropatwy, idealna kolacja.
Gburek nie uśmiechnął się. Skinął jedynie głową.
- W sumie to mogłaś upolować coś więcej. Mam ochotę na duży posiłek.
Śnieżka zagryzła ze złością wargę. Miała ochotę powiedzieć mu, że starała się jak mogła, by tej nocy nie poszedł spać z pustym żołądkiem. Zdarła sobie kolano, a w nadgarstku ciągle czuła nieprzyjemne mrowienie po tym, jak uderzyła nim o drzewo.
Gburek wszedł na polanę, gdzie przy wesoło palącym się ognisku siedzieli jej przyjaciele. Śnieżka przywitała się z nimi radośnie, po czym wyjęła z worka swoje zdobycze. Gdy już wszyscy zaspokoili swój głód, nie licząc wiecznie niezadowolonego Gburka, Śnieżka opowiedziała o swojej wyprawie.
- Naprawdę dobrze ci poszło - powiedział Mędrek - Jesteśmy z ciebie dumni.
- Wcale nie - mruknął Gburek.
Śnieżka ułożyła głowę na wygodnym mchu.
- Dziękuję Męrdku. Teraz będzie chyba lepiej, jeśli pójdziemy spać.
Wszyscy pokiwali zgodnie głowami i po chwili dało się słyszeć chrapanie. Śnieżka nie mogąc zasnąć podniosła się na nogi i westchnęła. Nie było sensu tu leżeć, gdy las czekał na nią.
Dziewczyna zawiązała ulubioną pelerynę i zniknęła pomiędzy drzewami.
Poczuła ulgę, gdy wiatr rozwiał jej niesforne włosy. Śnieżka nie skręciła, tak jak zwykle w stronę leśnej chatki drwala, gdzie zazwyczaj zachodziła, gdy nie mogła zasnąć. Tym razem wybrała nową, nieznaną trasę. Drzewa były coraz gęściej położone, a las nie był już taki przyjazny. Dziewczyna poczuła na skórze nieprzyjemne mrowienie, ale nie zawróciła. Musiała zobaczyć, co znajduje się po tej stronie lasu. Nagle usłyszała za sobą ryk, który zmroził jej krew w żyłach. Zaczęła biec coraz szybciej. Czuła, że coś ją goni. Dziewczyna zaczęła tracić siły. Oddychała ciężko i wolno usunęła się na kolana. Gdy uniosła głowę, ujrzała niedźwiedzia sunącego powoli w jej stronę. Jego czerwone ślepia łypały na nią wściekle. Śnieżka sięgnęła do sakiewki, w której trzymała nóż. Jej dłoń napotkała pustkę. Wtedy przypomniała sobie, że krojąc królika zostawiła broń na jednym z kamieni. Dziewczyna poczuła narastającą panikę. Niedźwiedź zbliżał się do niej, klapiąc zębami. Najwyraźniej był głodny, a Śnieżka miała być jego kolacją. Nastolatka zamknęła oczy, a z jej ust wypłynęły ciche słowa modlitwy.
- Śnieżko, uciekaj!
Dziewczyna poderwała się na równe nogi i ujrzała Gburka biegnącego w jej stronę. Miała ochotę odetchnąć z ulgą, gdy zobaczyła, że krasnolud nie ma żadnej broni. Cofnęła się przerażona do drzewa. Teraz niedźwiedź, który był już gotowy do skoku na Gburka, zabije ich oboje. Bestia swoją silną łapą uderzyła krasnoluda w twarz. Gburek cofnął się, a na jego twarzy pojawiła się krew. Nie zniechęciło go to jednak do walki. Rzucił się na niedźwiedzia i po chwili siedział mu już na grzbiecie. Szarpnął za jego sierść, tak że oszalałe z bólu zwierzę uderzyło w drzewo. Gburek wyciągnął zza pasa nóż, którego Śnieżka wcześniej nie zauważyła. Ostrze wbiło się w grzbiet niedźwiedzia. Gburek zeskoczył, a bestia runęła na ziemię.
- Nic ci nie...

Gburek nie zdążył dokończyć, bo niedźwiedź ostatkiem sił uniósł łapę do góry i przejechał nią po jego plecach.
Krasnolud z wyrazem zaskoczenia w oczach upadł na ziemię. Śnieżka krzyknęła i podbiegła do Gburka. Kałuża krwi z każdą sekundą się powiększała. Dziewczyna oderwała kawałek swojej sukienki i przyłożyła do pleców nielubianego kompana. Materiał szybko nasiąknął szkarłatem. Po policzku dziewczyny zaczęły płynąć łzy.
- Nie płacz Śnieżko - powiedział Gburek. Jego głos był zachrypnięty, widać było, że mówienie sprawia mu trudność -  To i tak musiało kiedyś nastąpić.
- Mogłeś mnie nie ratować! I tak mnie nienawidzisz, więc po co to zrobiłeś?
Na twarzy krasnoluda pojawił się słaby uśmiech.
- Na początku wydawałaś mi się słabym, chorowitym dzieckiem, więc nie widziałem sensu szkolenia cię na łowcę. Jednak pokazałaś, że mimo moich niemiłych uwag potrafisz walczyć o swoje. Jesteś niezwykle utalentowana Śnieżko. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale wstydzę się swojego zachowania. Przez te wszystkie lata traktowałem cię jak wroga. Tak naprawdę jesteś dla mnie jak córka i nie mógłbym pozwolić, by coś ci się stało.
Mężczyzna zaczął kaszleć. Opadał z sił.
- Śnieżko, chcę żebyś zapamiętała mnie dobrze, a nie jako złego człowieka.
- Ale... ty nie umrzesz, nie możesz!
- To już nie ma sensu, mój czas dobiegł końca. Mimo to cieszę się, że mogłem poznać taką osobę jak ty. Przepraszam.
Z jego gardła wydobyło się ostatnie tchnienie, po czym znieruchomiał.
- Wybaczam ci - wyszeptała.
 Tego dnia ptaki nie śpiewały, bo odszedł prawdziwy bohater i przyjaciel.

Wiele lat później.
Anabella z zadowoleniem rozejrzała się po pokoju. Jej dzieci: Paul, Marina, Suzanna, Eric oraz najmłodsza Adele biegały radośnie po kuchni, czekając na babcię.
- Mamo?
Kobieta odwróciła się i spojrzała z miłością na malutką Vicky, która nie brała udziału w zabawie rodzeństwa.
- Tak?
- A co dzisiaj jest za święto?
Anabella roześmiała się i wzięła córkę w ramiona.
- Niedługo się dowiesz.
Kobieta spojrzała przez okno, gdzie za domem jej mąż Stefan i brat Valerian przykrywali płachtą skończone dzieło. Była ciekawa miny swojej mamy, gdy zobaczy, co dla niej przygotowali.
- Mamo, mamo! Babcia już jest!
Anabella podbiegła do drzwi i z radością spojrzała na staruszkę stojącą w progu. Siwe włosy opadały na ramiona kobiety, a czerwona kokarda, z którą Śnieżka nie rozstawała się nigdy, była starannie umocowana na głowie.
- Babciu! - krzyknęły radośnie dzieci.
Każde po kolei przytuliło staruszkę.
Kobieta usiadła na bujanym krześle.
- Pozwólcie, że opowiem wam historię. Wiele lat temu pewien bardzo dzielny krasnolud poświęcił życie, by mnie uratować...
Dzieci słuchały jak zaczarowane. Po obiedzie, na który składała się ulubiona zupa Gburka i pieczywo, rodzina wyszła na plac przy domu. Tam Stefan i Valerian zdjęli płótno, którym okryty był pomnik. Przedstawiał on Gburka, prawdziwego przyjaciela. Po twarzy Śnieżki spłynęła jedna, pojedyncza łza wzruszenia.
 Źródło:zszywka.pl