wtorek, 14 kwietnia 2015

Prolog


6 sierpnia, 1765 rok
Meredith Bendengrove otworzyła powoli oczy. Spróbowała się podnieść, ale każdą częścią jej ciała wstrząsnął taki ból, że szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Wszystko wskazywało na to, że znajdowała się w kościele w środku nocy, ale dziewczyna nie wiedziała, jak ani po co się tu znalazła. Jej nadgarstki związane były grubym, ciężkim sznurem. Kasztanowe loki, zwykle upięte wysoko kryształową klamrą, którą dostała kiedyś od swojej matki, spływały po jej ramionach w nieładzie. Dziewczyna zacisnęła zęby i z trudem usiadła. Miała na sobie suknię, którą wczoraj jej służąca odebrała od krawcowej. Piękny zielony jedwab, z którego uszyta została kreacja, był splamiony czymś brunatnym. Meredith z żalem uświadomiła sobie, że suknia nie nadawała się już do założenia. 
Po kościele rozniósł się dźwięk otwieranych wrót. Dziewczyna zamarła. Świece na ołtarzu zapaliły się. Do kościoła wmaszerowało kilkunastu mężczyzn ubranych w brązowe habity. Meredith próbowała w jakiś sposób usunąć się w cień, by pozostać niezauważoną, ale szybko zrozumiała, że mnisi szli wprost w jej stronę.
Jeden z nich, znacznie wyróżniający się posturą, podszedł do niej i szarpnął ją za ramię.
- Wstawaj!
Ból, który rozszedł się po ciele dziewczyny, był tak mocny, że z trudem powstrzymała się od krzyku.
Zirytowany mężczyzna pochylił się i brutalnie podniósł ją na nogi. Meredith starała się przyjąć taką pozycję, by nie wylądować z powrotem na podłodze, próbując nie spuszczać oczu z mnicha.
Ten kiwnął głową. Dwóch innych mężczyzn wyszło na przód. Pochwycili dziewczynę za ramiona i przywiązali ją do jednego z filarów stojących pośrodku kościoła. Strach związał gardło dziewczyny, choć miała ochotę powiedzieć im, że tak na pewno nie postępuje się z damą.
Kolejny mnich wyszedł z szeregu. Niósł coś w ręce. Klęknął przed najsilniejszym mężczyzną, który musiał być czymś w rodzaju szefa. 
- Bracie Aunusie - powiedział z szacunkiem wyciągając ów przedmiot w stronę mnicha.
Brat Aunus przyjął go bez słowa. Meredith wytężyła wzrok próbując zobaczyć, co to jest. Ostrze błysnęło. To był sztylet.
Niespodziewanie głos jej wrócił.
- Kim jesteście? I co ja tu robię? - spytała ze złością próbując wydostać się z więzów.
Brat Aunus zaśmiał się bez cienia wesołości.
- Młodej damie nie wypada zadawać pytań - powiedział podchodząc do niej.
Zdjął kaptur. Miał krótkie kruczoczarne włosy, ciemne oczy i długą bliznę biegnącą od kąta oka aż do podbródka.
Mnich wyciągnął nadgarstek przed siebie. Ze spokojem uniósł sztylet i wbił go w kciuk, z którego od razu trysnęła krew.
Pozostali mnisi zaczęli pomrukiwać słowa jakiejś modlitwy w niezrozumiałym dla dziewczyny języku.
- Podaj rękę - Jego głos był zimny i stanowczy.
Gdy Meredith tego nie zrobiła, brat Aunus sięgnął po jej dłoń. Dziewczyna zacisnęła wargi. Ostrze przebiło jej skórę i z po jej dłoni zaczęła spływać krew. Meredith patrzyła na to, jak czerwona stróżka powoli skapuje na jej suknie. Mnich przycisnął swój kciuk do jej.
- Krew została złączona! - krzyknął.
Pozostali bracia zawtórowali mu pieśnią.
Meredith wyrwała rękę i spojrzała na niego z oburzeniem.
- To niedopuszczalne!
Na twarzy brata Aunusa pojawił się obrzydliwy uśmiech. Mężczyzna splunął na dziewczynę.
- Nie masz żadnego pojęcia o tym świecie - powiedział.
Meredith nie odwróciła spojrzenia. Nie pozwała jej na to urażona duma. Nie błagała o litość. Nie zareagowała, gdy mnich uniósł sztylet. Wzniosła oczy do nieba i zaczęła śpiewać piosenkę, którą niegdyś nauczyła ją matka.
Meredith nie wiedziała, co się stanie, gdy jej służąca odkryje, że zniknęła. Nie obchodziło jej, co się stanie później. Zamknęła oczy i na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Nie krzyczała, gdy brat Aunus przebijał jej serce sztyletem.

***
Księżyc świecił jaśniej tej nocy.
Mimo późnej godziny po ulicach kręciło się mnóstwo ludzi.
Nikt nie zwracał uwagi na słabą staruszkę siedzącą na kamiennych schodach.
Kobieta wiedziała.
Niebezpieczeństwo wisiało nad miastem, a później i może nad całym państwem.
Staruszka ścisnęła medalion.
Zakon rósł w siłę i właśnie stało się coś, czego najsilniejsza magia nie mogła odwrócić.
Będą kolejni.
Ta młoda kobieta była pierwsza, ale nie ostatnia. 
Granica pomiędzy dobrem, a złem została zaburzona.
Ofiara została złożona.

A łowca pragnął już następnej.

Rozdział 8

Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczynka o włosach jaśniejszych niż blask słońca i oczach, w których kryła się tajemnica. Mieszkała w szklanym mieście pośród kruchych, małych ludzi. Dziewczynka posiadała potężny dar, który stanowił zagrożenie dla szklanego króla i jego słabych poddanych. Codziennie przyglądała się grymasom strachu i bólu na twarzach mieszkańców, gdy odważała się posłać im wątpliwy uśmiech przechodząc ulicami miasta. Jej oczy, piękne i ciemne jak bezgwiezdna noc z każdym
kolejnym dniem stawały się coraz bardziej mokre od płynących łez. W końcu król szklanego miasta postanowił pozbyć się dziewczynki. Wysłał swoich rycerzy, by ją zabili. Jednak szklani wojownicy nie stanowili dużego zagrożenia dla dziewczynki. Wystarczyło, że kichnęła i jedyne, co po nich pozostało, to kupka rozbitego szkła. Dziewczynka na zewnątrz była niezwyciężona, ale w środku toczyła nieustanną wojnę ze samą sobą. W końcu król straciwszy połowę swojej armii zrezygnował z planu zabicia
dziewczynki i zostawił ją w spokoju. W jej sercu pozostał jednak strach, który rósł w siłę z każdym drobnym potknięciem. Dziewczynka odizolowała się od innych. Zaprzyjaźniła się z samotnością, która obiecała, że nigdy jej nie zostawi. I tak serce dziewczynki stawało się coraz bardziej kruche, aż w końcu zamieniło się w szkło. A wiadomo, jak z nim bywa. Czasem rozpada się na kawałki. A Zareen nie była na tyle mocna, żeby utrzymać je w jednym.

Przeskakiwałam po kilka stopni ignorując gadanie Gabriela. Chłopak próbował nadążać za moim szaleńczym biegiem, wygłaszając przy tym głośne uwagi. W końcu zatrzymałam się gwałtownie. Odwróciłam się do Gabriela posyłając mu zirytowane spojrzenie.
- Możesz być przez chwilę cicho? – spytałam, siląc się na spokojny ton.
- Jak będziesz tak biec, to jeszcze się potkniesz, a wtedy będę musiał cię złapać. A z twoim wrogim nastawieniem do mnie to może być dosyć kłopotliwe.
Parsknęłam i pchnęłam drzwi od strychu.
Po tym, jak Gabriel wparował na strych, Sybilla postanowiła przyłączyć go do naszej grupy poszukiwawczej. Gabriel miał znajomości. A według naszej wyroczni mogło nam to znacznie pomóc.
Otworzyłam torbę i wyjęłam z niej zawiniątko. Naszyjnik zalśnił zielonym światłem. Moim oczom znów ukazała się nieznajoma twarz.
- Całkiem ładna ta dziewczyna - powiedział Gabriel.
Posłałam mu kolejne zirytowane spojrzenie.
- Daj rękę - rzuciłam niechętnie.
Położyłam dłoń na medalionie. Gabriel zrobił to samo.
Zanim zielony obłok zabrał dwójkę nastolatków w nieznane nikomu miejsce, zdążyłam zauważyć wysokiego mężczyznę stojącego przy ścianie. Korona ze szkła lśniła na jego łysiejącej głowie.
Źródło: weheartit.com