poniedziałek, 30 listopada 2015

Rozdział 4

- Z dedykacją dla Ali G.-
Z tego wzgórza widać było całe miasto. Nawet o trzeciej w nocy, gdy wszystko pogrążyło się w ciemności robiło to niesamowite wrażenie. Selina odgoniła ręką natrętnego komara i wygodniej ułożyła się na trawie.
- To co robimy? - ciszę przerwało pytanie zirytowanego Cartera. - Siedzimy tu już godzinę.
- Nikt cię tu nie trzyma - powiedział Enzo ziewając. - Możesz iść.
Carter obrzucił go nienawistnym spojrzeniem.
Selina wywróciła oczami i z ciekawością spojrzała na Irvette, która dopiero niedawno dołączyła do ich paczki. Teraz siedziała na starym pniu drzewa zawzięcie notując coś w zeszycie, który oświetlała latarką w telefonie. Ange ze znudzeniem wpatrywała się w kłócących chłopaków.
- Zachowujecie się jak dzieci - stwierdziła marszcząc brwi.
Oboje parsknęli, rzucając sobie ostatnie zimne spojrzenie.
- Skończyłam - Irvette uśmiechnęła się triumfalnie.
Cała czwórka popatrzyła na nią z mieszaniną ciekawości i zdziwienia.
Dziewczyna usiadła na trawie i zaświeciła latarką na zeszyt. 
- Wszystko sobie rozrysowałam. Maryse umarła w piątek, dwa dni później byliście w kościele, gdzie coś zaatakowało Enza. Maryse została znaleziona w lesie mnichów w ten sam dzień, gdy ja tam byłam i zemdlałam.
- Zobaczyłaś wtedy ten kościół i jakiś medalion w kształcie kruka na swojej dłoni - przypomniała Selina.
- Ten mężczyzna... chwila. Nazywa się George Grays, to on znalazł ciało. Prowadzi sklep ze starociami dwie przecznice od szkoły. Myślę, że powinniśmy od niego zacząć. 
- To na co czekamy? - Selina zerwała się na równe nogi.
- Jest trzecia w nocy, Sel. Zgaduję, że pan Grays śpi sobie teraz smacznie w swoim łóżku.
- Oczywiście musimy tam wrócić - mruknęła Ange nawijając na palec kosmyk blond włosów.
Reszta spojrzała na nią zdziwiona.
- Kościół, las mnichów. Te dwa miejsca są ze sobą powiązane, jestem tego pewna.
- Mimo że nie mam ochoty na ponowne odwiedzenie tej piwnicy, to Ange ma rację - powiedział Enzo. - Jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć, musimy poszukać w odpowiednim miejscu.
- Najpierw odwiedźmy tego gościa, jak mu tam było? Zresztą nieważne. Jutro po południu do niego pójdziemy.
Carter wstał z zimnej ziemi i przeciągnął się.
- Skoro już sobie wszystko ustaliliśmy, pozwólcie, że wrócę do ciepłego łóżka, z którego mnie tak brutalnie wyciągnięto - spojrzał z wyrzutem na Ange, która tylko wzruszyła ramionami z szerokim uśmiechem.
- A teraz - powiedziała Selina - Kto zbiega ze mną z tego wzgórza krzycząc "pizza"?

Irvette wygładziła spódniczkę, żeby wyglądać bardziej porządnie. 
- Gotowa? - spytała Ange.
- Chyba tak.
Westchnęła i głośno zapukała.
Po chwili, która w jej przekonaniu trwała wieczność drzwi otworzyły się i ich oczom ukazał się niski staruszek z drucianymi okularami na nosie.
- Dzień dobry! Nazywam się Irvette Moon, a to jest Angelina Larento. Chciałybyśmy z panem porozmawiać o... wydarzeniach, które ostatnio miały miejsce. Jeżeli pan ma oczywiście czas.
Pan Grays zmarszczył brwi, lecz po chwili na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Wejdźcie dziewczynki, domyślam się, że chcecie dowiedzieć się czegoś o tej zamordowanej nastolatce? Dużo osób przychodzi i o nią wypytuje.
- Wiemy, że musi  być to dla pana męczące - powiedziała ze współczuciem Ange wchodząc do małego przedpokoju.
- Macie ochotę na herbatę? Albo ciastka?
Dziesięć minut później siedziały na kanapie w skromnie urządzonym salonie popijając gorący napój.
- Rano wyszedłem z domu jak każdego innego dnia. Zawsze chodzę na spacer z moim psem do pobliskiego lasu. Nagle Johny zerwał się ze smyczy i pobiegł w jakąś boczną ścieżkę. I wtedy właśnie znalazłem tą biedną dziewczynę.
- Jak ona wyglądała?
- Leżała we krwi, blada. To był naprawdę straszny widok. 
- Co pan wtedy zrobił?
- Zadzwoniłem na policję, oczywiście! Przyjechali, zabrali ciało i zadawali mi setki pytań. Czy kogoś tu widziałem, czy często tu przychodzę, czy znam tę dziewczynę. Powiedziałem im, że  kiedyś przyszła do mojego sklepu. Mam dobrą pamięć do twarzy. Może jeszcze ciasteczek?
Gdy w końcu ubrały płaszcze i były gotowe do wyjścia dochodziła już godzina 15.00.
- Dziękujemy, że zgodził się pan odpowiedzieć na nasze pytania.
Irvette uśmiechnęła się delikatnie.
- Było mi miło dziewczynki. Wpadajcie częściej, przyda się towarzystwo takiemu staremu człowiekowi jak ja.
Ange otworzyła drzwi wpuszczając do mieszkania chłodne powietrze. Irvette zobaczyła ptaka siedzącego na skrzynce na skrzynce przy domu naprzeciwko. Przekrzywiał lekko głowę.
- Kruki. Coraz częściej je tutaj widzę.
Pan Grays kiwnął głową.
- Ona też go miała. Na nadgarstku.
Posłał im ostatni uśmiech i zamknął drzwi.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 3

Z trudem otworzyła oczy i rozejrzała po pokoju. Wszystko tu miało biały kolor - od ścian do etykietek na lekach rozstawionych na stoliczku obok jej łóżka. Jedynym niepasującym elementem była kobieta siedząca na krześle. Miała na sobie różowy garnitur, a na nos wcisnęła okulary w dziwnym kształcie. Włosy niedbale zaplotła w warkocz, a usta pomalowała czerwoną, jaskrawą szminką. Założyła nogę na nogę i z wyraźną irytacją próbowała skrzesić ogień w swojej zapalniczce.
- Przepraszam? - spytała Irvette, a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodała głośniej - Kim pani jest?
Kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po chwili na jej twarzy pojawił się nienaturalnie szeroki uśmiech.
Poderwała się z krzesła i zaczęła energicznie potrząsać jej ręką.
- Hortensja Gordin, do usług! Już z tych nerwów, że się nie obudzisz, chciałam zapalić! A wiesz, jakby któraś z tych pielęgniarek to zobaczyła, to mogłabym się już tu nigdy nie pokazywać!
Kobieta z powrotem usiadła na krześle i głęboko westchnęła.
- A czym się pani zajmuje? - zapytała przyglądając się jej uważnie.
- Żadna pani, tylko Hortensja! Chyba, że wolisz mówić mi Horti? W końcu mam tylko 23 lata! Jestem psychologiem. A właściwie będę. Wiesz, to trochę długa historia...
- A gdzie ja jestem?
- W szpitalu. Zemdlałaś w szkole. Biedactwo! Jak się czujesz?
Hortensja spojrzała na nią z tak autentyczną troską, że Irvette zapałała niezwykłą sympatią do jej osoby.
- Dobrze... Głowa mnie tylko trochę boli.
Kobieta spojrzała na nią smutno i pokiwała głową.
- To musiał być dla ciebie duży szok. Czy to była twoja przyjaciółka?
Maryse. Las mnichów. Artykuł w gazecie. Wspomnienia uderzył w nią z podwójną siłą.
- Nie, ledwo się znałyśmy...
Kolejne kiwnięcie głową.
- Irvette, twoi rodzice poprosili mnie, żebym prowadziła z tobą rozmowę raz w tygodniu, w piątki. Oczywiście, jeżeli się zgodzisz.
- Myślę, że to dobry pomysł. Ostatnio nie czuję się sobą.
Westchnęła i opadła na poduszki.
Hortensja zadała jej jeszcze kilka pytań, po czym wychodząc zderzyła się w drzwiach z tęgą pielęgniarką.
Ta druga z rozdrażnieniem przecisnęła się do sali i podeszła do łóżka stojącego naprzeciwko posłania Irvette. Dopiero teraz zauważyła chłopaka w jej wieku, który z irytacją próbował się wygrzebać spod kołdry.
Wyglądał słabo i mizernie, ale ciemne oczy tryskały energią.
- Panie Braynor! Spokojnie!
Pielęgniarka podeszła do niego i pomogła mu się podnieść.
- Zaraz przyniosę panu leki, a teraz proszę, by przez te dziesięć minut nie zamienił tego miejsca w ruinę jak poprzednio - rzuciła sarkastycznie.
- Obiecuję Helen!
Uśmiechnął się promiennie i oprowadził pielęgniarkę wzrokiem.
- Wcale nie było tak źle - powiedział, a Irvette zdała sobie sprawę, że mówi do niej. - Próbowałem sięgnąć po telefon i jakoś samo się dalej potoczyło.
Wyszczerzył zęby zadowolny.
- Jestem Enzo.
- Irvette - uśmiechnęła się delikatnie - Długo tu jesteś?
- Od tygodnia - jęknął - Mam złamaną nogę i coś tam jeszcze.
Drzwi sali otworzyły się ponownie i do pokoju wbiegła wysoka, ładna dziewczyna z ciemnymi włosami. Rozpoznała ją. Selina Blackgold była bardzo popularna w szkole, chociaż przez większość społeczności była uważana za totalną wariatkę.
- Hej Enzo! - uśmiechnęła się wesoło - O! Irvette! Ty też tutaj?
Selina podeszła do niej i uścisnęła ją mocno.
- A wy co tu robicie? - spytała zaciekawiona Irvette.
- Mały wypadek przy pracy.
- Mały?
- No dalej, opowiedz Enzo!
Podekscytowana Selina przysiadła na brzegu jego łóżka.
Enzo westchnął.
- Dlaczego zawsze ja?

- Będzie po nas.
- Od kiedy ty taki strachliwy, co Enzo?
Ciemnowłosy chłopak przewrócił oczami.
- Twoje plany zawsze kończą się źle Selino.
- Ten jest dopracowany. Nic nam nie będzie. Trochę zaufania.
- Czyżby nasz cudowny Enzunio bał się starego, opuszczonego kościoła? - wtrącił drugi, wysoki chłopak o lekko złośliwym wyrazie twarzy.
- Cicho bądź Grand!
Selina syknęła posyłając im wściekłe spojrzenia i podeszła do blondynki, która z zapałem studiowała mapę.
- I co? Masz coś Ange?
- Jeżeli ta mapa jest prawdziwa, to powinniśmy zejść teraz gdzieś... tam!
Cała czwórka spojrzała na klapę w podłodze. Co jak co, ale nie wyglądała ona zachęcająco.
- Czego się nie robi dla przygody - mruknął Enzo silnym ruchem otwierając przejście do piwnic.
- Pomyśl tylko o tych zdjęciach, które zrobimy. O sensacji na całą szkołę! - powiedziała z entuzjazmem Selina zakładając kosmyk włosów za ucho.
Chłopak spojrzał na nią z niechęcią. Na początku roku chciał jej zaimponować, więc dołączył do jej paczki, której ulubionym zajęciem było pojawianie się tam, gdzie było niebezpiecznie, mroczno i ponuro. Nie było to samo w sobie takie straszne, ale akurat teraz wolałby spać w swoim łóżku.
Po prostu spodobała mu się zła dziewczyna.
Enzo westchnął i zaczął schodzić po schodach świecąc latarką na wszystkie strony.
- Zabierz to ode mnie Braynor! - warknął Carter Grand, zakrywając oczy przed światłem.
Paczka Seliny była bardzo milutka.
Ona, przywódczyni, pewna siebie, odważna, każdy wiedział, że z Seliną Blackgold się nie zadziera.
Angelina Larento, dziewczyna o urodzie anioła, zupełne przeciwieństwo swojej najlepszej przyjaciółki, cierpliwa, miła, wesoła, uosobienie dobra.
A z drugiej strony Carter Grand, który nie liczył się z niczym i nikim, powarkiwał na każdego, kto chociaż spróbował się do niego zbliżyć.
- Daleko jeszcze?
- Pytasz się już trzeci raz!
Szli jedno za drugim. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Było ciemno, wilgotno i nieprzyjemnie. Ange jęknęła, gdy strzepywała kolejnego już pająka ze swojego blond warkocza.
Enzo nie był tchórzem. Ale ostatnio nigdzie nie było bezpiecznie. Zaczęło się od tego, że jakaś Maryse z jego szkoły została zamordowana.
Gdzieś w ciemności rozległo się wycie.
Enzo zatrzymał się gwałtownie dając znak pozostałej trójce.
- Co jest Braynor? Strach cię obleciał? - zakpił Carter.
- Cicho.
Stali przez chwilę w zupełnym milczeniu.
- Słuchaj Enzo, jesteś pewny, że...
Teraz cała czwórka to usłyszała. Przeraźliwe wycie z końca korytarza.
Selina pobladła i zacisnęła palce na jego nadgarstku.
- Co to było?!
- Jesteś pewna, że ten kościół jest opuszczony?
- Wolę tego nie sprawdzać! 
Zaczęli biec na oślep. W pewnej chwili Enzo poczuł silny ból w nodze. Upadł. Słyszał krzyki, rozpaczliwie nawoływania i wycie.
- Co było po tym?
Enzo westchnął.
- Nie wiem. Zemdlałem. Carter, Selina i Ange wnieśli mnie na górę i zadzwonili po pomoc. Ale to było dziwne. Czułem czyjąś obecność, tam na dole. Tak jakby... Ktoś mnie wołał. Prosił, bym został i mu pomógł.
Do sali ponownie weszła Helen, a widząc Seline wydała z siebie nieprzyjemny pomruk.
- Mówiłam ci dziewczyno, że on ma odpoczywać! Natychmiast mi stąd wyjdź!
- Jeszcze pięć minut psze pani!
Enzo parsknął.
- Grabisz sobie Blackgold. Z Helen nie warto zadzierać.
Irvette podeszła do okna. Był wietrzny, zimny dzień. Ludzie spieszyli się do domów. Nikt nie zwracał uwagi na rzeczy wokół niego. Tylko mały kruk siedział na drzewie. Jego małe czarne oczka patrzyły wprost na nią. W końcu zniecierpliwiony rozłożył skrzydła i odfrunął gdzieś w deszcz.