Z trudem otworzyła oczy i rozejrzała po pokoju. Wszystko tu miało biały kolor - od ścian do etykietek na lekach rozstawionych na stoliczku obok jej łóżka. Jedynym niepasującym elementem była kobieta siedząca na krześle. Miała na sobie różowy garnitur, a na nos wcisnęła okulary w dziwnym kształcie. Włosy niedbale zaplotła w warkocz, a usta pomalowała czerwoną, jaskrawą szminką. Założyła nogę na nogę i z wyraźną irytacją próbowała skrzesić ogień w swojej zapalniczce.
- Przepraszam? - spytała Irvette, a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodała głośniej - Kim pani jest?
Kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po chwili na jej twarzy pojawił się nienaturalnie szeroki uśmiech.
Poderwała się z krzesła i zaczęła energicznie potrząsać jej ręką.
- Hortensja Gordin, do usług! Już z tych nerwów, że się nie obudzisz, chciałam zapalić! A wiesz, jakby któraś z tych pielęgniarek to zobaczyła, to mogłabym się już tu nigdy nie pokazywać!
Kobieta z powrotem usiadła na krześle i głęboko westchnęła.
- A czym się pani zajmuje? - zapytała przyglądając się jej uważnie.
- Żadna pani, tylko Hortensja! Chyba, że wolisz mówić mi Horti? W końcu mam tylko 23 lata! Jestem psychologiem. A właściwie będę. Wiesz, to trochę długa historia...
- A gdzie ja jestem?
- W szpitalu. Zemdlałaś w szkole. Biedactwo! Jak się czujesz?
Hortensja spojrzała na nią z tak autentyczną troską, że Irvette zapałała niezwykłą sympatią do jej osoby.
- Dobrze... Głowa mnie tylko trochę boli.
Kobieta spojrzała na nią smutno i pokiwała głową.
- To musiał być dla ciebie duży szok. Czy to była twoja przyjaciółka?
Maryse. Las mnichów. Artykuł w gazecie. Wspomnienia uderzył w nią z podwójną siłą.
- Nie, ledwo się znałyśmy...
Kolejne kiwnięcie głową.
- Irvette, twoi rodzice poprosili mnie, żebym prowadziła z tobą rozmowę raz w tygodniu, w piątki. Oczywiście, jeżeli się zgodzisz.
- Myślę, że to dobry pomysł. Ostatnio nie czuję się sobą.
Westchnęła i opadła na poduszki.
Hortensja zadała jej jeszcze kilka pytań, po czym wychodząc zderzyła się w drzwiach z tęgą pielęgniarką.
Ta druga z rozdrażnieniem przecisnęła się do sali i podeszła do łóżka stojącego naprzeciwko posłania Irvette. Dopiero teraz zauważyła chłopaka w jej wieku, który z irytacją próbował się wygrzebać spod kołdry.
Wyglądał słabo i mizernie, ale ciemne oczy tryskały energią.
- Panie Braynor! Spokojnie!
Pielęgniarka podeszła do niego i pomogła mu się podnieść.
- Zaraz przyniosę panu leki, a teraz proszę, by przez te dziesięć minut nie zamienił tego miejsca w ruinę jak poprzednio - rzuciła sarkastycznie.
- Obiecuję Helen!
Uśmiechnął się promiennie i oprowadził pielęgniarkę wzrokiem.
- Wcale nie było tak źle - powiedział, a Irvette zdała sobie sprawę, że mówi do niej. - Próbowałem sięgnąć po telefon i jakoś samo się dalej potoczyło.
Wyszczerzył zęby zadowolny.
- Jestem Enzo.
- Irvette - uśmiechnęła się delikatnie - Długo tu jesteś?
- Od tygodnia - jęknął - Mam złamaną nogę i coś tam jeszcze.
Drzwi sali otworzyły się ponownie i do pokoju wbiegła wysoka, ładna dziewczyna z ciemnymi włosami. Rozpoznała ją. Selina Blackgold była bardzo popularna w szkole, chociaż przez większość społeczności była uważana za totalną wariatkę.
- Hej Enzo! - uśmiechnęła się wesoło - O! Irvette! Ty też tutaj?
Selina podeszła do niej i uścisnęła ją mocno.
- A wy co tu robicie? - spytała zaciekawiona Irvette.
- Mały wypadek przy pracy.
- Mały?
- No dalej, opowiedz Enzo!
Podekscytowana Selina przysiadła na brzegu jego łóżka.
Enzo westchnął.
- Dlaczego zawsze ja?
- Będzie po nas.
- Od kiedy ty taki strachliwy, co Enzo?
Ciemnowłosy chłopak przewrócił oczami.
- Twoje plany zawsze kończą się źle Selino.
- Ten jest dopracowany. Nic nam nie będzie. Trochę zaufania.
-
Czyżby nasz cudowny Enzunio bał się starego, opuszczonego kościoła? -
wtrącił drugi, wysoki chłopak o lekko złośliwym wyrazie twarzy.
- Cicho bądź Grand!
Selina syknęła posyłając im wściekłe spojrzenia i podeszła do blondynki, która z zapałem studiowała mapę.
- I co? Masz coś Ange?
- Jeżeli ta mapa jest prawdziwa, to powinniśmy zejść teraz gdzieś... tam!
Cała czwórka spojrzała na klapę w podłodze. Co jak co, ale nie wyglądała ona zachęcająco.
- Czego się nie robi dla przygody - mruknął Enzo silnym ruchem otwierając przejście do piwnic.
-
Pomyśl tylko o tych zdjęciach, które zrobimy. O sensacji na całą
szkołę! - powiedziała z entuzjazmem Selina zakładając kosmyk włosów za
ucho.
Chłopak spojrzał na nią z niechęcią. Na początku roku chciał
jej zaimponować, więc dołączył do jej paczki, której ulubionym zajęciem
było pojawianie się tam, gdzie było niebezpiecznie, mroczno i ponuro.
Nie było to samo w sobie takie straszne, ale akurat teraz wolałby spać w
swoim łóżku.
Po prostu spodobała mu się zła dziewczyna.
Enzo westchnął i zaczął schodzić po schodach świecąc latarką na wszystkie strony.
- Zabierz to ode mnie Braynor! - warknął Carter Grand, zakrywając oczy przed światłem.
Paczka Seliny była bardzo milutka.
Ona, przywódczyni, pewna siebie, odważna, każdy wiedział, że z Seliną Blackgold się nie zadziera.
Angelina
Larento, dziewczyna o urodzie anioła, zupełne przeciwieństwo swojej
najlepszej przyjaciółki, cierpliwa, miła, wesoła, uosobienie dobra.
A
z drugiej strony Carter Grand, który nie liczył się z niczym i nikim,
powarkiwał na każdego, kto chociaż spróbował się do niego zbliżyć.
- Daleko jeszcze?
- Pytasz się już trzeci raz!
Szli
jedno za drugim. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Było ciemno,
wilgotno i nieprzyjemnie. Ange jęknęła, gdy strzepywała kolejnego już
pająka ze swojego blond warkocza.
Enzo nie był tchórzem. Ale
ostatnio nigdzie nie było bezpiecznie. Zaczęło się od tego, że jakaś
Maryse z jego szkoły została zamordowana.
Gdzieś w ciemności rozległo się wycie.
Enzo zatrzymał się gwałtownie dając znak pozostałej trójce.
- Co jest Braynor? Strach cię obleciał? - zakpił Carter.
- Cicho.
Stali przez chwilę w zupełnym milczeniu.
- Słuchaj Enzo, jesteś pewny, że...
Teraz cała czwórka to usłyszała. Przeraźliwe wycie z końca korytarza.
Selina pobladła i zacisnęła palce na jego nadgarstku.
- Co to było?!
- Jesteś pewna, że ten kościół jest opuszczony?
- Wolę tego nie sprawdzać!
Zaczęli biec na oślep. W pewnej chwili Enzo poczuł silny ból w nodze. Upadł. Słyszał krzyki, rozpaczliwie nawoływania i wycie.
- Co było po tym?
Enzo westchnął.
- Nie wiem. Zemdlałem. Carter, Selina i Ange wnieśli mnie na górę i zadzwonili po pomoc. Ale to było dziwne. Czułem czyjąś obecność, tam na dole. Tak jakby... Ktoś mnie wołał. Prosił, bym został i mu pomógł.
Do sali ponownie weszła Helen, a widząc Seline wydała z siebie nieprzyjemny pomruk.
- Mówiłam ci dziewczyno, że on ma odpoczywać! Natychmiast mi stąd wyjdź!
- Jeszcze pięć minut psze pani!
Enzo parsknął.
- Grabisz sobie Blackgold. Z Helen nie warto zadzierać.
Irvette podeszła do okna. Był wietrzny, zimny dzień. Ludzie spieszyli się do domów. Nikt nie zwracał uwagi na rzeczy wokół niego. Tylko mały kruk siedział na drzewie. Jego małe czarne oczka patrzyły wprost na nią. W końcu zniecierpliwiony rozłożył skrzydła i odfrunął gdzieś w deszcz.
Bardzo fajny post, czekam na kolejne opowiadania! <3
OdpowiedzUsuń