wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział 5

6 sierpnia, 1765 rok
Staruszka przetarła kolejny puchar szmatką. Odbijała się w nim jej zmęczona, wyniszczona twarz z popękanymi ustami i dużymi cieniami pod oczami. Dawniej bardzo lubiła ich kolor. Zielone, kojarzyły jej się z trawą porastającą łąki, po których biegała jako dziecko. Jednak te czasy minęły, a kobieta nie lubiła wracać do przeszłości.
Odłożyła puchar na stół, gdy drzwi otworzyły się i do pokoju wmaszerowała pani Gramere. W ręku ściskała arkusz papieru zapisany eleganckim pismem. Wcisnęła go w ręce staruszki z niesmakiem, jakby bała się, że staruszka ma brudne dłonie.
- To jest lista gości na dzisiejszy wieczór – powiedziała. - Masz zadbać, by zostali dobrze powitani. Nie możemy pozwolić sobie na żadne niedopatrzenie, rozumiesz?
Kiwnęła głową.
Pani Gramere wyszła szybko kaczym krokiem z pomieszczenia.
Staruszka usiadła na krześle i uważnie przyjrzała się liście.
Były to nazwiska najbardziej znanych ludzi w mieście, zaczynając od urzędników kończąc na aktorach z pobliskiego teatru. Jedno z nich szczególnie przykuło jej uwagę.
Bendengrove Meredith.
Po raz pierwszy usłyszała o niej kilka dni temu na targu. W mieście pojawiła się już następnego poranka i wzbudziła niemałą sensacje. Ludzie nie przesadzali chwaląc jej urodę. Miała długie kasztanowe loki i twarz jak z porcelany. I oczy, intensywnie niebieskie, przywodzące na myśl jezioro w środku lata, gdy promienie słońca odbijały się od tafli.
Medalion na szyi staruszki zaczął pulsować. Kobieta dotknęła go, ale szybko zabrała rękę. Był gorący, jak jeszcze nigdy wcześniej. Delikatnie musnęła opuszkami palców skrzydła kruka. Nigdy nie sądziła, że nadejdzie ten moment. Przełknęła ślinę. Nie mogła nic już zrobić. Meredith Bendengrove źle zrobiła przyjeżdżając do tego miasta.

Irvette siedziała na kanapie uporczywie wpatrując się w kruka za oknem. Aktualnie nic nie irytowało ją bardziej niż one. Pojawiały się wszędzie, o każdej porze. Sprawiały, że zazwyczaj spokojna Irvette wpadała w furię. 
- Głupie ptaszysko - mruknęła.
Rozsiadła się wygodnie.
Cały czas myślała nad słowami pana Graysa. 
„Ona też go miała. Na nadgarstku”.
Irvette złapała się na tym, że minutami wpatrywała się w swój blady nadgarstek jakby nagle miały się na nim pojawić odpowiedzi na wszystkie jej pytania.
Co to mogło oznaczać? Chodziło o znak? Tatuaż? Dlaczego pan Grays nie powiedział im o tym wcześniej?
Zerwała się z kanapy i chwyciła w ręce płaszcz. Nie mogła zostawić tych pytań bez odpowiedzi. Chwilę później biegła chodnikiem, najszybciej jak potrafiła. W tych godzinach pan Grays był w swoim sklepie. Przyspieszyła czując podekscytowanie. 
Zdyszana dobiegła do drzwi sklepu ze starociami. Gwałtownie je otworzyła i wtoczyła się do środka.
- Spokojnie! Pali się czy coś? - Pan Grays wyszedł z zaplecza poprawiając okulary. - Ach to ty Irvette! Biegłaś? Czekaj, przyniosę ci wody. Możesz się rozejrzeć w tym czasie.
Dziewczyna wymamrotała podziękowania i zaczęła ciekawie rozglądać się po sklepie. Nigdy wcześniej tu nie była, stare rzeczy jej nie interesowały. Teraz chodząc pomiędzy regałami i półkami dostrzegała uroki tego miejsca. Wszystko miało tu specyficzny zapach, który działał na nią kojąco. Co chwila podnosiła jakąś rzecz przyglądając się jej uważnie. Jej wzrok spoczął na bogato zdobionej, lecz zakurzonej szkatułce stojącej na kredensie. Uniosła wieczko. Z zawodem spostrzegła, że szkatułka była pusta.
- Piękna, nieprawdaż? 
Podskoczyła prawie wypuszczając przedmiot z rąk. Pan Grays stał za nią z delikatnym uśmiechem na pomarszczonej twarzy. 
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Twoja woda - powiedział podając jej kubek.
Upiła mały łyczek, nie spuszczając wzroku ze staruszka.
- Wiesz co jest ciekawe w tej szkatułce?
Pokręciła głową.
- Nie jest do końca pusta.
Irvette zmarszczyła brwi.
- Jak to?
Mężczyzna zachichotał.
- Popatrz.
Otworzył ją jeszcze raz i przejechał palcami po kryształkach, które ozdabiały środek. Gdy natrafił na właściwy, delikatnie go nacisnął. Irvette jak zaczarowana patrzyła na rozsuwające się dno, ukazujące to drugie, ukryte. Gdy jednak pochyliła się, by zobaczyć, co tam się znajduje, zamarła. 
- To... To przecież... niemożliwe...
- Piękny, prawda? - spytał pan Grays wyjmując czarny medalion z krukiem.
Dokładnie taki sam, jaki zobaczyła w kościele.
- Trafił tu parę lat temu. Pewna kobieta przyniosła go i wręcz błagała, żebym go wziął. Twierdziła, że jest niebezpieczny. Większych bzdur nie słyszałem! 
Mężczyzna kręcąc głową schował go z powrotem do szkatułki.
- Może dam ci jeszcze wody? Blado wyglądasz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz