6 sierpnia, 1765 rok
Staruszka
przetarła kolejny puchar szmatką. Odbijała się w nim jej zmęczona,
wyniszczona twarz z popękanymi ustami i dużymi cieniami pod oczami.
Dawniej bardzo lubiła ich kolor. Zielone, kojarzyły jej się z trawą
porastającą łąki, po których biegała jako dziecko. Jednak te czasy
minęły, a kobieta nie lubiła wracać do przeszłości.
Odłożyła
puchar na stół, gdy drzwi otworzyły się i do pokoju wmaszerowała pani
Gramere. W ręku ściskała arkusz papieru zapisany eleganckim pismem.
Wcisnęła go w ręce staruszki z niesmakiem, jakby bała się, że staruszka
ma brudne dłonie.
-
To jest lista gości na dzisiejszy wieczór – powiedziała. - Masz zadbać,
by zostali dobrze powitani. Nie możemy pozwolić sobie na żadne
niedopatrzenie, rozumiesz?
Kiwnęła głową.
Pani Gramere wyszła szybko kaczym krokiem z pomieszczenia.
Staruszka usiadła na krześle i uważnie przyjrzała się liście.
Były
to nazwiska najbardziej znanych ludzi w mieście, zaczynając od
urzędników kończąc na aktorach z pobliskiego teatru. Jedno z nich
szczególnie przykuło jej uwagę.
Bendengrove Meredith.
Po
raz pierwszy usłyszała o niej kilka dni temu na targu. W mieście
pojawiła się już następnego poranka i wzbudziła niemałą sensacje. Ludzie
nie przesadzali chwaląc jej urodę. Miała długie kasztanowe loki i twarz
jak z porcelany. I oczy, intensywnie niebieskie, przywodzące na myśl
jezioro w środku lata, gdy promienie słońca odbijały się od tafli.
Medalion
na szyi staruszki zaczął pulsować. Kobieta dotknęła go, ale szybko
zabrała rękę. Był gorący, jak jeszcze nigdy wcześniej. Delikatnie
musnęła opuszkami palców skrzydła kruka. Nigdy nie sądziła, że nadejdzie
ten moment. Przełknęła ślinę. Nie mogła nic już zrobić. Meredith
Bendengrove źle zrobiła przyjeżdżając do tego miasta.
Irvette
siedziała na kanapie uporczywie wpatrując się w kruka za oknem.
Aktualnie nic nie irytowało ją bardziej niż one. Pojawiały się wszędzie,
o każdej porze. Sprawiały, że zazwyczaj spokojna Irvette wpadała w
furię.
- Głupie ptaszysko - mruknęła.
Rozsiadła się wygodnie.
Cały czas myślała nad słowami pana Graysa.
„Ona też go miała. Na nadgarstku”.
Irvette
złapała się na tym, że minutami wpatrywała się w swój blady nadgarstek
jakby nagle miały się na nim pojawić odpowiedzi na wszystkie jej
pytania.
Co to mogło oznaczać? Chodziło o znak? Tatuaż? Dlaczego pan Grays nie powiedział im o tym wcześniej?
Zerwała
się z kanapy i chwyciła w ręce płaszcz. Nie mogła zostawić tych pytań
bez odpowiedzi. Chwilę później biegła chodnikiem, najszybciej jak
potrafiła. W tych godzinach pan Grays był w swoim sklepie. Przyspieszyła
czując podekscytowanie.
Zdyszana dobiegła do drzwi sklepu ze starociami. Gwałtownie je otworzyła i wtoczyła się do środka.
-
Spokojnie! Pali się czy coś? - Pan Grays wyszedł z zaplecza poprawiając
okulary. - Ach to ty Irvette! Biegłaś? Czekaj, przyniosę ci wody.
Możesz się rozejrzeć w tym czasie.
Dziewczyna
wymamrotała podziękowania i zaczęła ciekawie rozglądać się po sklepie.
Nigdy wcześniej tu nie była, stare rzeczy jej nie interesowały. Teraz
chodząc pomiędzy regałami i półkami dostrzegała uroki tego miejsca.
Wszystko miało tu specyficzny zapach, który działał na nią kojąco. Co
chwila podnosiła jakąś rzecz przyglądając się jej uważnie. Jej wzrok
spoczął na bogato zdobionej, lecz zakurzonej
szkatułce stojącej na kredensie. Uniosła wieczko. Z zawodem spostrzegła,
że szkatułka była pusta.
- Piękna, nieprawdaż?
Podskoczyła prawie wypuszczając przedmiot z rąk. Pan Grays stał za nią z delikatnym uśmiechem na pomarszczonej twarzy.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Twoja woda - powiedział podając jej kubek.
Upiła mały łyczek, nie spuszczając wzroku ze staruszka.
- Wiesz co jest ciekawe w tej szkatułce?
Pokręciła głową.
- Nie jest do końca pusta.
Irvette zmarszczyła brwi.
- Jak to?
Mężczyzna zachichotał.
- Popatrz.
Otworzył
ją jeszcze raz i przejechał palcami po kryształkach, które ozdabiały
środek. Gdy natrafił na właściwy, delikatnie go nacisnął. Irvette jak
zaczarowana patrzyła na rozsuwające się dno, ukazujące to drugie,
ukryte. Gdy jednak pochyliła się, by zobaczyć, co tam się znajduje,
zamarła.
- To... To przecież... niemożliwe...
- Piękny, prawda? - spytał pan Grays wyjmując czarny medalion z krukiem.
Dokładnie taki sam, jaki zobaczyła w kościele.
-
Trafił tu parę lat temu. Pewna kobieta przyniosła go i wręcz błagała,
żebym go wziął. Twierdziła, że jest niebezpieczny. Większych bzdur nie
słyszałem!
Mężczyzna kręcąc głową schował go z powrotem do szkatułki.
- Może dam ci jeszcze wody? Blado wyglądasz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz