Irvette spędziła cztery kolejne lekcje
uważnie przypatrując się Simonowi. Wystarczyło, że ktoś powiedział przy
niej słowo "kruk", a już stawał się potencjalnym sprawcą całego tego
zamieszania. A Simon Gordin miał kiedyś to przeklęte ptaszysko
wytatuowane na nadgarstku, co według Irvette nie było przypadkiem.
Wszystko w tej pokręconej sprawie było ze sobą powiązane, więc brat
Hortensji z chłopaka działającego jej na nerwy stał się głównym
podejrzanym.
A to oznaczało tylko jedno. Musiała go bliżej poznać. Nie mogła przecież
stanąć na środku korytarza, wskazać na Simona palcem i krzyknąć "Hej,
to wszystko wina tego nowego chłopaka! Niech ktoś go łaskawie
aresztuje!", bo prawdopodobnie zyskałaby w szkole opinię wariatki. Gdy
zadzwonił dzwonek, rzuciła się pędem do drzwi i wypadła na korytarz
potrącając przy tym jakąś dziewczynę.
- Hej Irvette! Zaczekaj!
Odwróciła się gwałtownie. Osobą, na
którą wpadła, nie był nikt inny jak Grace Johson. Irvette z żalem
uświadomiła sobie, że od ponad dwóch tygodni zamieniły ze sobą tylko
kilka słów. Nie mogła przecież zaniedbywać starych przyjaciół na rzecz
tych nowych.
- Cześć Grace! Co tam u ciebie?
Blondynka uśmiechnęła się lekko.
- Wszystko w porządku. Pomyślałam, że może wpadłabyś do mnie jutro? Organizuję takie małe piżama party.
- Pewnie - kiedyś takie imprezy były ich tradycją. - Ty, ja, Daphne, popcorn i stare komedie. Brzmi super.
Na twarzy Grace pojawiło się zakłopotanie.
- Teraz dołączy do nas jeszcze Mab. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?
- Jasne, że nie - powiedziała
uśmiechając się szeroko, chociaż w głębi serca było jej przykro. Czyżby
Mab zajęła jej miejsce w dotąd nierozłącznym trio?
- To ja już pójdę. Umówiłam się z Simonem.
- Tym nowym? Dziewczyny ciągle o nim mówią, jest sensacją.
- Tak właśnie tym. To do zobaczenia!
Wyminęła Grace i skierowała się w stronę biblioteki.
- Jestem już - rzuciła w stronę Gordina, który z zapałem studiował jakąś książkę.
- Zauważyłem - powiedział nie
odrywając wzroku od lektury. W końcu jednak spojrzał na nią - Całkiem
ciekawe - wskazał na książkę.
- Czyżby? A występują tam kruki? - Uśmiechnęła się ironicznie.
- Nie przypominam sobie - parsknął.
- Wiesz, ostatnio strasznie ich dużo w naszym mieście. Oblegają skrzynki, dachy, parapety. To dziwne, nie sądzisz?
Kiwnął głową bez zainteresowania.
- Co cię skłoniło do wytatuowania sobie jednego?
Popatrzył na nią ze zdziwieniem.
- Naprawdę spotkaliśmy się tu, żeby o
tym rozmawiać? No dobra, powiedzmy, że należę do pewnego stowarzyszenia,
gdzie wszyscy mają takie kruki wytatuowane na różnych częściach ciała.
Ja wybrałem nadgarstek sam nie wiem, czemu.
- A Maryse Jones też należała do tego stowarzyszenia?
"Ona też go miała. Na nadgarstku"
Tajemnicze słowa pana Graysa ciągle zaprzątały jej głowę.
- Jaka Maryse?
- Ta zamordowana dziewczyna -
Przewróciła oczami - Nie mów, że o tym nie słyszałeś. Może i jesteś
nowy, ale sprawa jest świeża i każdy w tym mieście mówi tylko o tym. No
więc? Ona też miała na nadgarstku kruka.
Simon przełknął ślinę.
- A tak właściwie, czym zajmuje się to twoje stowarzyszenie? I czemu akurat kruki?!
- Słuchaj dokończymy tę rozmowę jutro. Przypomniało mi się coś ważnego. To cześć!
- Simon! - krzyknęła, ale było już za późno. Chłopak wybiegł z pomieszczenia odprowadzony karcącym spojrzeniem bibliotekarki.
Dla Irvette jasne było, że Simon
doskonale wiedział, co wydarzyło się wtedy w lesie mnichów, ba - może
nawet sam był za to odpowiedzialny. Teraz musiała jakoś sprawić, żeby
przyznał się do winy i wytłumaczył, o co chodzi.
15 minut później wyszła z biblioteki
wystukując numer Sileny w telefonie. Zatrzymała się jednak słysząc
podniesione głosy z jednej z sal. Zbliżyła się do drzwi nasłuchując.
- Ja wiedziałem, że zakon zrobi
wszystko, żeby odzyskać medalion i robić dalej swoje, ale nigdy nie
sądziłem, że będzie działał tak lekkomyślnie!
To zdecydowanie był Simon.
- Och, daj spokój. Oni wiedzą, co robią i jeśli namalowali na nadgarstku Maryse znak, to w jakimś celu.
Irvette ze zdziwieniem rozpoznała głos
Mab Wannerson. Tej samej, która pokazała im artykuł w gazecie. Która
była tak bardzo poruszona śmiercią koleżanki.
- Ludzie nie są głupi! Pomysł, żeby
podpalić sklep tego starca mógł podsunąć tylko Rick! Myślisz, że nie
powiązali sobie tych dwóch spraw? Mogę cię zapewnić, że Irvette to
zrobiła!
- Irvette? A co ona ma z tym wspólnego?
- Myślenie nie boli, Mab! Wie, że
Maryse miała dokładnie taki sam znak jak ja! Domyśliła się, że mam coś
wspólnego z morderstwem jej koleżanki.
- W takim razie następnym krokiem będzie usunięcie Irvette - rzuciła zimno Mab.
Irvette poczuła, że robi się jej
słabo. Czy Mab, dziewczyna, którą znała praktycznie od zawsze,
zamierzała ją zabić? To brzmiało tak absurdalnie, że chciało jej się
śmiać, ale ton nastolatki świadczył o tym, że mówiła na poważnie.
- Chyba sobie żartujesz! Nie pozwolę ci tego zrobić!
- Po czyjej jesteś stronie Simon? Chodź, Rick na nas czeka.
Irvette rzuciła się korytarzem i
wpadła do łazienki. Gdy usłyszała oddalające się kroki, wyszła
rozglądając się niepewnie. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Ruszyła na
parking. Simon mówił coś o medalionie. Miała całkowitą pewność, że
chodziło o ten sam, który spoczywał na dnie szkatułki ze sklepu pana
Graysa. A więc zakon chciał go odzyskać. Kimkolwiek byli ci ludzie.
Zatrzymała się, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła się i
zobaczyła Simona i Mab rozmawiających o czymś cicho. Wsiedli do
czarnego, eleganckiego samochodu. To właśnie jego kierowca patrzył na
nią uważnie. Irvette skrzywiła się. To właśnie musiał być Rick.
Mężczyzna z zakonu. Ten sam, który podpalił sklep. Jego złośliwy uśmiech
mogła rozpoznać na kilometr. Irvette zacisnęła pięści.
Miała coś. czego oni potrzebowali.
Zamierzała to wykorzystać, dowiedzieć się, o co chodzi z zakonem. Czy
mieli oni coś wspólnego z kościołem, o którym opowiadał Enzo?
Wystukała szybko numer Sileny.
- Tak? - usłyszała lekko podekscytowany głos.
- Dzisiaj o północy pod starym kościołem. Mamy trochę tropów, które trzeba sprawdzić.
- Już nie mogę się doczekać!
Irvette rozłączyła się i rozejrzała po parkingu. Czarny samochód zniknął.
Ku jej zdziwieniu w zasięgu wzroku nie
było żadnych kruków. Teraz pozostało jej tylko przyjrzeć się temu
jednemu, schowanemu bezpiecznie w szkatułce, którego tak bardzo pragnął
zakon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz