wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 1

14 czerwca, Współczesność
Maryse oparła się o pień wysokiego drzewa. Oddychanie przychodziło jej z trudem, serce biło jakby zaraz miało wyskoczyć z wyczerpanego ciała. Nigdy nie lubiła biegać. Pamiętała, jak jeszcze niecałe dwa dni temu siedziała schowana za murkiem paląc papierosa i obserwując, jak inne dziewczyny wylewały z siebie siódme poty pod czujnym okiem trener Highnore. Nikt nie zauważył, że nie przyszła na lekcje. Dziewczyna osunęła się na ziemię i wyjęła z torby paczkę papierosów.
Nasunęła na uszy słuchawki i puściła muzykę najgłośniej jak się da. Zamknęła oczy, pozwalając, by ostre dźwięki zagłuszyły krzyki i głosy w jej głowie.
Postać w kapturze stała za drzewem bacznie obserwując każdy ruch dziewczyny.

Irvette Moon zapięła guziki czarnego płaszcza pod samą szyję. Buldog średnich rozmiarów, noszący imię Terlee, z wyraźnym zainteresowaniem śledził czarnymi ślepiami  każdy ruch małego, białego kotka. Dziewczyna odgarnęła kasztanowe loki z bladej twarzy.
Słońce nie pokazywało się już od dłuższego czasu.
Zawędrowała aż pod żelazną bramę, która prowadziła do lasu mnichów. Swoją nazwę zawdzięczał staremu kościołowi, który stał w tamtym miejscu do czasu tajemniczego pożaru w XVIII wieku. Mnisi mieszkający w świątyni zniknęli parę dni przed tym, jak budowla zaczęła płonąć. Do dziś nie wiadomo, czy to oni spowodowali pożar, czy może po prostu przewidzieli nadchodzącą tragedię.
Irvette pchnęła bramę i zawołała psa, który zdążył już znacznie się oddalić. Las nie należał do najprzyjemniejszych, ale w jakiś sposób ją uspokajał. Szła powoli, starannie stawiając stopy na ziemi. Gdy była młodsza przychodziła tu często. Zawsze przed wyjściem z domu obiecała mamie, że nie będzie oddalać się od bramy. Pewnego dnia ciekawość zwyciężyła i pchnęła małą Irvette dalej. Po paru minutach wędrówki las przestał być przyjazny i w oczach dziecka zamienił się w wielką, dziką puszczę. Idąc tą samą drogą wiele lat później Irvette wciąż czuła dziwne uczucie, jakby wszystko wokół niej było ogromne i straszne.
Jej głową wstrząsnął gwałtowny ból.
Irvette upadła na kolana ledwo łapiąc oddech. Trzęsąc się, ostrożnie podniosła głowę. Las zniknął. Była w opuszczonym kościele. Przy ołtarzu zapaliły się świece, choć wokół nie było żadnej żywej duszy. Obróciła głowę czując w dłoni jakiś ciężar. Na bladej ręce połyskiwał czarny medalion w kształcie kruka. Nim zdążyła przyjrzeć mu się dokładniej, zamigotał, po czym zniknął jakby go wcześniej nie było. A wraz z nim kościół. Irvette leżała w lesie. Terlee polizała jej spoconą twarz. W powietrzu unosiła się słodka woń, od której zbierało jej się na wymioty. Dziewczyna podniosła się rozglądając się podejrzliwie wokół. 
Las nigdy nie wydawał się normalniejszy niż w tamtym momencie.



Źródło: weheartit.com

2 komentarze:

  1. Hej,
    Miałam Cię informować, więc zapraszam serdecznie na nowy rozdział :)
    http://the-emerald-eyes.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń