14 czerwca, Współczesność
Maryse
oparła się o pień wysokiego drzewa. Oddychanie przychodziło jej z
trudem, serce biło jakby zaraz miało wyskoczyć z wyczerpanego ciała.
Nigdy nie lubiła biegać. Pamiętała, jak jeszcze niecałe dwa dni temu
siedziała schowana za murkiem paląc papierosa i obserwując, jak inne
dziewczyny wylewały z siebie siódme poty pod czujnym okiem trener
Highnore. Nikt nie zauważył, że nie przyszła na lekcje. Dziewczyna
osunęła
się na ziemię i wyjęła z torby paczkę papierosów.
Nasunęła
na uszy słuchawki i puściła muzykę najgłośniej jak się da. Zamknęła
oczy, pozwalając, by ostre dźwięki zagłuszyły krzyki i głosy w jej
głowie.
Postać w kapturze stała za drzewem bacznie obserwując każdy ruch dziewczyny.
Irvette
Moon zapięła guziki czarnego płaszcza pod samą szyję. Buldog średnich
rozmiarów, noszący imię Terlee, z wyraźnym zainteresowaniem śledził
czarnymi ślepiami każdy ruch małego, białego kotka. Dziewczyna
odgarnęła kasztanowe loki z bladej twarzy.
Słońce nie pokazywało się już od dłuższego czasu.
Zawędrowała
aż pod żelazną bramę, która prowadziła do lasu mnichów. Swoją nazwę
zawdzięczał staremu kościołowi, który stał w tamtym miejscu do czasu
tajemniczego pożaru w XVIII wieku. Mnisi mieszkający w świątyni zniknęli
parę dni przed tym, jak budowla zaczęła płonąć. Do dziś nie wiadomo,
czy to oni spowodowali pożar, czy może po prostu przewidzieli
nadchodzącą tragedię.
Irvette
pchnęła bramę i zawołała psa, który zdążył już znacznie się oddalić.
Las nie należał do najprzyjemniejszych, ale w jakiś sposób ją uspokajał.
Szła powoli, starannie stawiając stopy na ziemi. Gdy była młodsza
przychodziła tu często. Zawsze przed wyjściem z domu obiecała mamie, że
nie będzie oddalać się od bramy. Pewnego dnia ciekawość zwyciężyła i
pchnęła małą Irvette dalej. Po paru minutach
wędrówki las przestał być przyjazny i w oczach dziecka zamienił się w
wielką, dziką puszczę. Idąc tą samą drogą wiele lat później Irvette
wciąż czuła dziwne uczucie, jakby wszystko wokół niej było ogromne i
straszne.
Jej głową wstrząsnął gwałtowny ból.
Irvette
upadła na kolana ledwo łapiąc oddech. Trzęsąc się, ostrożnie podniosła
głowę. Las zniknął. Była w opuszczonym kościele. Przy ołtarzu zapaliły
się świece, choć wokół nie było żadnej żywej duszy. Obróciła głowę
czując w dłoni jakiś ciężar. Na bladej ręce połyskiwał czarny medalion w
kształcie kruka. Nim zdążyła przyjrzeć mu się dokładniej, zamigotał, po
czym zniknął jakby go wcześniej nie było. A wraz z
nim kościół. Irvette leżała w lesie. Terlee polizała jej spoconą twarz. W
powietrzu unosiła się słodka woń, od której zbierało jej się na
wymioty. Dziewczyna podniosła się rozglądając się podejrzliwie wokół.
Las nigdy nie wydawał się normalniejszy niż w tamtym momencie.
Źródło: weheartit.com

Hej,
OdpowiedzUsuńMiałam Cię informować, więc zapraszam serdecznie na nowy rozdział :)
http://the-emerald-eyes.blogspot.com
Dziękuje bardzo! :D
Usuń